Ziarnko piasku z pustyni

Pustynia w Maroku (Fot. Marta El Marakchi © All rights reserved)

„Bóg stworzył kraje bogate w wodę, aby ludzie byli szczęśliwi, a pustynie, aby mogli tam odnaleźć swoją duszę.” (z mądrości Tuaregów).

Wszystko na wariackich papierach. Miała być Zagóra. Dziwnym trafem jest Merzuga. Straciłyśmy już kontrolę nad wypadkami. Po całej nocy w autobusie padamy na piasku jak ścierki. Przez telefon umówiłyśmy się z człowiekiem, którego nawet nie widziałyśmy na oczy. Polecił nam go Mohammed – właściciel naszego obskurnego hotelu, w którym strach dotknąć czegokolwiek, bo jeszcze się człowiek przylepi. Facet jest punktualnie. Ma nas zabrać na pustynię. Jedziemy jego dżipem, zdane już tylko na niego. Drogę na pustyni znaczą rzędy rzadko rozrzuconych, drobnych kamieni. Mamy nadzieję, że on wie, co robi.

Wreszcie hotel. Na powitanie tradycyjnie berber-whisky, która nam nie specjalnie służy. Ale odmówić nie można.
– Czy tu są skorpiony i węże? – pytam zapobiegawczo. Wolę być przygotowana.
– Nie w tym roku – śmieje się nasz przewodnik.
Szybki prysznic w lodowatej wodzie i na wielbłądy. Mój jest jakiś nerwowy i za szybko wstaje… a ja ląduję na piasku. Nic mi nie jest, ale już mu nie ufam. On mi chyba zresztą też, bo ciągle się ogląda, jakby chciał mnie skubnąć za nogawkę. Nie mogę uwierzyć, że mu się nie plączą nogi. Nie mogę się doczekać aż z niego zsiądę. Chcę do domu!

Dojeżdżamy do wioski nomadów. W samą porę, by się ukryć przed burzą piaskową. Z ulgą zeskakuję ze swojego wielbłąda, który pokazuje mi swoje wielkie zęby. Ciągle coś przeżuwa. Mnie chyba też chętnie by przeżuł. Zwiedziłyśmy już oazę (Hasan nie mógł zrozumieć, że rosnące tam marchewki nie robią na nas wrażenia, a tym bardziej nie dopuszczał do siebie myśli, że takie same mamy w Polsce), nauczyłyśmy się wyciągać wodę ze studni (udając, że nigdy wcześniej tego nie robiłyśmy sprawiłyśmy Hasanowi wiele radości), obejrzałyśmy z każdej strony nomadzkie chatki, włożyłyśmy głowy do pieca, zjadłyśmy z jednego talerza kuskus z warzywami (modląc się, żeby woda na której został przyrządzony nie była zainfekowana)… No i co dalej? Wieje wciąż jak diabli. Piasek mamy już wszędzie. Zgrzyta mi między zębami i swędzi… w majtkach. No to czekamy… Hasan zdaje się być przyzwyczajony do czekania. Ja wciąż nerwowo wychylam się z lepianki i sprawdzam czy burza nie ustała.
– Kiedy pojedziemy dalej? Kiedy to się skończy? – pytam
– No hurry like Ferrari. Europe people always hurry – mówi zadowolony z siebie Hasan (dopiero potem się przyznaje, że nie ma pojęcia, co to jest Ferrari).
Wreszcie się trochę rozgadał. Opowiada nam o gwiazdach, o życiu na pustyni, wybucha śmiechem za każdym razem, kiedy my się śmiejemy. Wszędzie unosi się kurz. Hasan wygładza dłonią piasek na małym, okrągłym stoliku (oprócz niego właściwie nie ma tu innych mebli) i zaczyna na nim rysować palcem. Potem gramy zapałkami w bierki. Po pewnym czasie nic nie robienie przestaje mi przeszkadzać. Ba, nawet sama zaczynam chichrać się jak dziecko. Zupełnie bez powodu. Chyba powoli ulegam magii pustyni…
– Muszę się przejść – mówię wreszcie i wychylam się z lepianki.
Rozglądam się za jakimś ustronnym miejscem na siusiu. Nic z tego. W którą stronę bym się nie wypięła, zawsze będę skierowana tyłkiem do jakieś chaty. Wracam do środka.
– Jest tu jakaś toaleta? – pytam Hasana.
A on się podnosi uśmiechnięty, lekko zarumieniony i wychodzi, żeby mi pokazać… no właśnie, co? Wychodek? Przyznam, że przemknęła mi taka radosna myśl przez głowę. Ale on wskazuje ręką horyzont i wydmy. I zaczynamy się oboje rechotać. Po kilku dniach ja i A. wreszcie z radością zakopujemy swoje kupy w piasku. Pustynia to chyba najbardziej ekskluzywna toaleta, na jaką dotychczas natrafiłyśmy w Maroku.
Ale burza w końcu ustaje i musimy jechać dalej. Przed zmrokiem musimy zdążyć do kolejnej wioski. Ja i mój wielbłąd już nie prychamy na siebie. Pierwsze lody zostały przełamane.

Kiedy docieramy do kolejnej wioski powoli się już ściemnia. Biegamy jak głupie po wydmach, obsypujemy się piaskiem, tarzamy się, zupełnie nam odbiło. Znowu kuskus z warzywami. Jestem głodna, więc nie marudzę. Ale do listy moich „polskich tęsknot” dopisuję KARTOFLE. Potem ognisko, granie na bębnach, głupawe zabawy integracyjne dla turystów. Nadymam się jak purchawka i omal nie pękam, kiedy ktoś mi wciska bębenek i każe wystukiwać afrykańskie rytmy. Wszystko się we mnie opiera i buntuje. A właśnie, że nie będę! Po chwili walę bez ładu i składu w bęben. I wcale mi się nie podoba, że chcą mi go już zabrać. No bo co jest, kurcze blade?!

Wszyscy idą spać do swoich namiotów. Ale my nie chcemy spać! Kto by teraz spał?! „W takich pięknych okolicznościach przyrody”? Ciemno jest tak, że nie widzimy siebie nawzajem. I gwiazdy, jakich nigdy nigdzie nie widziałam! Siedzę na wydmie i myślę o Exuperym, jak przeżywał pustynię, jak go inspirowała… Noc jest gorąca. Nie tylko ja nie mogę spać. Pustynne wilki to mistrzowie podrywu (Mogliby w Polsce prowadzić szkoły kokieteringu dla polskich chłopców). Co z tego? Jutro wyjeżdżam. To przygoda, a nie miłość. To biznes, a nie magia. Za wizę do krajów UE zrobią wszystko. Już to wiem. I wcale mi to nie przeszkadza. Takie życie… Do rana biegamy po wydmach i tarzamy się w piasku. Jak psy spuszczone z łańcucha. Jak dzieci, gdy ich rodzice wyszli z domu. Jak WOLNI ludzie.
Każdy camelman zna pustynię jak własną kieszeń. Nawet w nocy.
– To przepaść, jezioro, namiot czy wielbłąd? – zastanawiam się nad każdą jaśniejszą niż mrok plamą. Ale Camelman wie wszystko o wydmach i prowadzi mnie za rękę.
W ciemności moja wyobraźnia pracuje jeszcze bardziej. Widzę dziwne rzeczy… ptaki, rośliny, zjawy. „Odrębna rzeczywistość” Castanedy staje się wreszcie moją rzeczywistością! Chcę tu zostać. Nawet za cenę rezygnacji z FaceBooka, ciepłej wody, gorącej kawy rano, dymka z papierosa wieczorem… Jest mi tak dobrze, że mogłabym już umrzeć. Bo chciałabym umrzeć szczęśliwa. Jeszcze lepiej ze szczęścia. Jaka to by była piękna śmierć! Czuję się spełniona. Mam piasek w nosie, w uszach, w majtkach… teraz czuję, że jakieś ziarnko wpadło również do mojego serca i utkwiło w nim głęboko. Odtąd już zawsze będę tęsknić za pustynią.

Kasia Blanka

Related posts

Leave a Comment