Ślimaki z marokańskiej garkuchni

Ślimaki (Fot. Marta El Marakchi © All rights reserved)

Kiedyś o świcie, nieopodal grobowców Marynidów w Fezie, zobaczyłam gromadkę marokańskich dzieci z reklamówkami, chodzącą po mokrej jeszcze od rosy trawie. Nie bardzo wiedziałam w co się bawią. Im bardziej się nad tym zastanawiałam, tym bardziej nie miałam zielonego pojęcia. Postanowiłam więc je poobserwować. Trochę się zdziwiłam, kiedy odkryłam, że zbierają ślimaki. – Chyba ich nie jedzą, do wszystkich ulęgałek? – pomyślałam.

Potem włócząc się po różnych sukach w medinie zauważyłam wielkie wiklinowe kosze pełne małych ślimaków, które wcale nie wydawały mi się już takie ślamazarne. Prężnie pięły się w górę, jedne po drugich (mimochodem przemknęło mi przez głowę, że po trupach), próbując uwolnić się z koszyka. Niekiedy szturmowały nawet wielką przykrywę, która miała uniemożliwić im ucieczkę. Tak więc sprzedawca nie mógł ani na chwilę spuścić ich z oczu i średnio co 3 minuty musiał wstać ze swojego taborecika i pozawracać wszystkich uciekinierów. – Oni chyba jednak naprawdę je jedzą – pomyślałam wtedy z niesmakiem.

Trzeci raz zetknęłam się ze ślimakami w Maroku, kiedy już nie takie żywe, raczej zupełnie nieżywe (żeby nie powiedzieć że zupełnie martwe) wylądowały w mojej misce. – Mówiłaś, że jesteś głodna – powiedział K., stawiając przede mną jedną miseczkę pełną gorących skorupek i drugą – ze ślimakową zupą. Więc wrzucają je żywcem do wrzątku? Jeśli nawet faktycznie byłam głodna, to momentalnie poczułam się najedzona. Ale ucieczki już nie było…

Ślimaki (Fot. Marta El Marakchi © All rights reserved)
Ślimaki (Fot. Marta El Marakchi © All rights reserved)

Wokół brudnej garkuchni kłębiło się od ludzi. Im jakoś nie przeszkadzało, że wszystko aż lepi się od brudu. Nasz sanepid miałby tu dużo pracy. Wszyscy zajadali się ślimakami, aż im się uszy trzęsły, a puste skorupki rozrzucali dookoła siebie. – No dobrze, skoro oni od tego nie umierają, to może i mi nic nie będzie – pomyślałam i zaczęłam ich naśladować.

Ślimaki (Fot. Marta El Marakchi © All rights reserved)
Ślimaki (Fot. Marta El Marakchi © All rights reserved)

Na blacie leżała połówka cytryny, w którą były powbijane rozprostowane agrafki. Sprytne! Wzięłam jedną i zaczęłam wyciągać nią pierwszego ślimaka ze skorupki. Przyglądałam mu się chwilę i jak japoński turysta zrobiłam mu pamiątkowe zdjęcie. Sprawdziłam na wyświetlaczu aparatu, czy dobrze wyszło i ze zgrozą odkryłam, że wycelowałam obiektywem prosto w jego martwe oczka. Postanowiłam więcej nie przyglądać się temu, co jem.

Ślimaki (Fot. Marta El Marakchi © All rights reserved)
Ślimaki (Fot. Marta El Marakchi © All rights reserved)

Ślimak był trochę gumowaty, w smaku zbliżony do flaków, dobry, nawet bardzo. Kolejny trafił mi się jakiś gorzki. Może nie był pierwszej młodości. Popijam zupę. Też niczego sobie. Przyznaję, było pyszne. Ale nigdy więcej tego nie zjem. Niemniej polecam wszystkim spróbowanie.

Aha, zapomniałam dodać, że agrafka którą jadłam została z namaszczeniem z powrotem wbita w cytrynkę, tak by inni też mogli z niej skorzystać. Tutaj nic się nie marnuje. Oczywiście nikt nie zawracał sobie głowy takimi pierdołami, żeby ją po mnie zdezynfekować. W końcu ufają mi, że jestem czysta, zdrowa, higieniczna… powinnam się cieszyć. Nie chcę myśleć, kto nią przede mną jadł. Nie myśleć, nie myśleć, nie myśleć…

Related posts

Leave a Comment