Obcy atakują! Bliskie spotkanie trzeciego stopnia z karaluchem afrykańskim

Karaluch afrykański (Fot. Marta El Marakchi © All rights reserved)

Z głową pełną dżinnów (po lekturze „Domu Kalifa” i przed lekturą „Domu w Fezie„) dosyć ostrożnie podeszłam do naszego opuszczonego domu w Oujda. Długo przez nikogo nie zamieszkany z pewnością mógł już zostać opanowany przez całe hordy dżinnów! Byłam przygotowana na wszystko (tak mi się przynajmniej zdawało). Szczególnie podejrzliwie zbliżyłam się do łazienki – ulubionego miejsca dżinnów (okazało się, że nie tylko dżinnów!). Nie mogąc nigdzie wymacać włącznika do światła, zaryzykowałam i weszłam do ciemnej ubikacji. I wtedy… jump! Coś skoczyło mi na głowę i zsunęło się po moich plecach na podłogę. Znowu jump! I coś zatrzepotało skrzydłami baaardzo blisko mojej twarzy. – Cholerne ćmy! – pomyślałam i postanowiłam jednak jeszcze raz poszukać włącznika światła. Jego blask doprowadził mnie do bardzo niemiłego odkrycia. Jump, jump na mojej głowie i plecach urządziły sobie dwa wielkie karaluchy afrykańskie, a nie jakieś tam ćmy, które teraz wydały się wyjątkowo bliskie mojemu sercu i pragnęłabym, żeby to były jednak one. Ale nic z tego. Dwa ogromne karaczany, z włochatymi nogami (z pewnością w życiu nie widziały depilatora) siedzą sobie na MOJEJ podłodze i bez cienia strachu gapią mi się w oczy. Szlag mnie trafił na miejscu! Jeszcze większy, kiedy się okazało, że to nie jedyne egzemplarze. Szczególnie agresywny okazał się osobnik z jednym wąsem (na zdjęciu). Poniósł zasłużoną karę za swoje zuchwałe poczynania i zginął śmiercią tragiczną pod miotłą.

Na tydzień przeprowadziłam się na piętro, z mocnym postanowieniem, że moja noga w łazience na parterze więcej nie stanie. Tym samym oddałam ją we władanie całej rodziny karaluchów afrykańskich. Oddałam walkowerem… Teraz z tęsknotą myślałam o naszych małych polskich karaluszkach, które nagle wydały mi się takie miłe, grzeczne, ułożone i nieśmiałe. Kiedy w akademiku biegały nam po kanapkach chciałam do nich strzelać z kałasznikowa. Ale teraz z rozrzewnieniem wspominałam ich gościnne występy. W wyobraźni widziałam jak uchylają z głowy meloniki w szerokim ukłonie, zanim zabiorą się do pałaszowania mojego żarcia (wyobraźnia lubi płatać figle). Zamiast tego banda rozwydrzonych, obleśnych i nienażartych gnomów urządziła sobie bibę w mojej kuchni i łazience! Skrzydlate dziadostwo snuło już pewnie plany podboju kolejnego piętra, i kolejnego… tak żeby mnie wykurzyć na sam dach. Mon cheri postanowił jednak walczyć. Miotłą i kapciem, gazetą i szmatą,ogniem i mieczem… w końcu jakimś lokalnym specyfikiem wymieszanym z jogurtem. A ja pomyślałam, że skoro nie mogę ich całkowicie wybić, jedyne co mogę zrobić, to je polubić. Przypomniał mi się fragment jednej z moich ulubionych książek z dzieciństwa:

Gdy samochody mijały nas, wznosiła się za nimi czarna chmura kurzu i cały ten kurz leciał na nas. Było bardzo nieprzyjemnie, więc powiedziałam – Fe, jak okropnie kurzy. Wtedy Lasse zapytał mnie, dlaczego tak mówię. Dlaczego nie mówisz: „Fe, jak słońce świeci” albo „Fe, jak ptaszki śpiewają” – dopytywał się. Kto to postanowił, że ma się lubić, gdy słońce świeci, a nie lubić, gdy się kurzy? Wówczas postanowiliśmy, że będziemy lubić, gdy się kurzy. I gdy następny samochód przejeżdżał i cały kurz dmuchnął na nas tak że ledwie mogliśmy widzieć się nawzajem, Lasse powiedział: Ach, jak dzisiaj pięknie się kurzy. Britta przyznała: Tak, na tej szosie ślicznie się kurzy, przepięknie. Bossę zaś dodał: Gdyby tak chciało trochę więcej pokurzyć. (Astrid Lindgren „Dzieci z Bullerbyn”)

No więc kto powiedział, że ma się nie lubić karaluchów? Karaluchy są cudowne! Oj tak! Są słitaśne! Są boskie!

Od tej pory walka z nimi sprawia mi ogromną frajdę. Ja piszczę, mon cheri przybiega z miotłą i jak rycerz staje w mojej obronie. Wali miotłą na oślep jak pałaszem… aż smoczysko padnie bez tchu 🙂

**********

Wieczorem gadam z mamą na skype i opowiadam jej o obcych w mojej kuchni. Mon cheri podsłuchuje i co chwilę wtrąca coś od siebie:

– Powiedz mamie, że mamy na balkonie żubra!

Mama robi wielkie oczy. Ja jeszcze większe. Żubra? Jak mogłam go nie zauważyć?! W końcu się wyjaśnia. Cheri miał na myśli żółwia 🙂

Mama pyta, czy w Maroku są szczury. Cheri wtrąca się z radością i dumnie obwieszcza, że dwa zabił ostatnio w naszej kuchni. Mama znowu robi wielkie oczy ze zdziwienia. Ja już mam tak wielkie, że bardziej nie mogę. Szczury? O ho! Po chwili się wyjaśnia, że cheri miał na myśli jaszczury, a nie szczury… a dokładniej rzecz ujmując – dwie małe jaszczurki. Uśmiecham się diabelsko. Uwielbiam jaszczury… a jaszczury uwielbiają karaluchy… na śniadanie 😉

Kasia Blanka

Related posts

Leave a Comment