Eid al-Adha (Fot. TheAnimalDay.org/Flickr)

Mój pierwszy Eid al-Adha. UWAGA! DRASTYCZNE ZDJĘCIA!

Eid al-Adha 2012. Nasz pierwszy wspólny Eid al-Adha. Postanowiliśmy go spędzić u przyjaciół na Saharze Zachodniej (południowe Maroko). W drodze autobusem, ciągle mijaliśmy barany na rowerach, motorach i skuterach… To szalony czas w Maroku (pewnie we wszystkich krajach muzułmańskich). Jak się potem okazało, w bagażniku naszego autokaru, zamiast walizek i plecaków, również podróżowało stado baranów (w specjalnie zorganizowanej zagrodzie). O dziwo, żaden nie padł…

Przyznaję, że w myślach życzyłam wszystkiego najgorszego ich właścicielom. A co najgorszego może przytrafić się właścicielowi barana? Właśnie jeśli zwierzę padnie. Zdechły baran nie nadaje się na ofiarę…

Barany w drodze na rzeź (Fot. Marta El Marakchi © All rights reserved)
Barany w drodze na rzeź (Fot. Marta El Marakchi © All rights reserved)

Jako goście, mieliśmy zaszczyt (dla kogo zaszczyt, dla tego zaszczyt) wybrać barana, który zostanie zakupiony przez naszych gospodarzy (a potem rytualnie zarżnięty i pożarty). Wymigałam się migreną i ogólnie złym samopoczuciem. Zgodziłam się uczestniczyć w tej „rzezi niewiniątek”, ale nie będę wystawiać wyroków śmierci! Tym sposobem umyłam ręce od tej zbrodni i z czystym sumieniem (tak sobie przynajmniej wmawiałam) mogłam pójść spać.

Rodzina była liczna, więc i jeden baran by nie wystarczył. W sumie na pożarcie przeznaczono barana, owcę i dwie kozy. Wszystkie zamieszkały w zagrodzie na płaskim dachu domu. W dzień nieśmiało wsadzały głowy do środka, zaciekawione zaglądały co się dzieje, czasami zapuszczały się nawet na salony w poszukiwaniu lepszego jedzenia. Spłoszone naszymi krokami uciekały w popłochu, gubiąc na dywanach bobki… Uroczo! W nocy słyszeliśmy stukot ich kopytek na dachu. Nie spały. Czuły zbliżającą się śmierć?

Czekając na śmierć (Fot. Marta El Marakchi © All rights reserved)
Czekając na śmierć (Fot. Marta El Marakchi © All rights reserved)

No i nadszedł wreszcie Eid al-Adha. Od rana żar lał się z nieba, więc nikt specjalnie się nie spieszył z egzekucją. Panowie siorbali obrzydliwie słodką saharyjską herbatę i leniwie ziewając licytowali się, któremu się bardziej nie chce. Dopiero krzepka i potężna pani domu wygoniła całe to niezdecydowane towarzystwo na dach, gdzie miała się dokonać ofiara. Krwawa ofiara… Nie mogę im pomóc. Nie mogę ich uratować. Nie mogę nic dla nich zrobić.

Godzina śmierci wybiła (Fot. Marta El Marakchi © All rights reserved)
Godzina śmierci wybiła (Fot. Marta El Marakchi © All rights reserved)

Zwierzęta wykrwawiały się szybko. Jedno po drugim. Z poderżniętych gardeł wolno i majestatycznie sączyła się krew. Nie broniły się. Nie wierzgały kopytami. Wiedziały, że to nieuniknione. Przerażone oczy gasły momentalnie. Proste chirurgiczne cięcie i po minucie było już po wszystkich. Jeszcze tylko jeden lub dwa przedśmiertne skurcze i duch (czy co tam zwierzęta mają) oddzielał się od ciała. Wszechobecna (na ziemi oraz na twarzach i na rękach oprawców) zwierzęca jucha, wabiła stada tłustych much.

Agonia (Fot. Marta El Marakchi © All rights reserved)
Agonia (Fot. Marta El Marakchi © All rights reserved)

Ponieważ dzieci zdążyły już zaprzyjaźnić się ze swoimi nowymi współlokatorami (zwierzęta od ponad tygodnia mieszkały z nimi pod jednym dachem) spodziewałam się niezłej histerii, kiedy ich przyjaciele stracą główki (dosłownie!). Mała Hafida ścisnęła mnie za rękę.

– O Allahu, błagam Cię, żeby mój baranek zginął ostatni – powtarzała jak mantrę.

Prawie wybłagała, bo jej baranek poszedł pod nóż przedostatni. Hafida na chwilę skrzywiła się, jakby miała wybuchnąć płaczem, ale w tym momencie zobaczyła, że jej kuzynka bawi się flakami w misce i wyciska z nich kozie bobki. Zapomniała już o swoim baranku i dołączyła do zabawy. Dziecięcej histerii nie było, a przerażenie wyparła zwyczajna ciekawość.

– Została jeszcze owca. Ciekawe czy będzie miała w brzuszku dziecko – zastanawiały się.

Owca niestety miała w brzuszku dziecko, więc ofiara z niej złożona została bez wątpienia odrzucona przez Allaha.

Zwierzęta jeszcze trzeba obedrzeć ze skóry i poporcjować. W tym celu nacina się nogę zwierzęcia i przez powstały otwór nadmuchuje się je, aż spęcznieje jak bańka. Dopiero wówczas ściągamy skórę. Żeby wyjąć wnętrzności trzeba mieć naprawdę wprawę. Jeden zły ruch, żółć się rozleje i zepsuje całe mięso.

Obdzieranie ze skóry (Fot. Marta El Marakchi © All rights reserved)
Obdzieranie ze skóry (Fot. Marta El Marakchi © All rights reserved)

Nad całym miastem unosi się zapach rozkładającej się krwi i mięsa, gnijących flaków, suszących się skór. Na ulicach wyraźnie znudzone wyrostki palą ogniska, w których pieką sobie baranie głowy.

Madame! Accueil! – wołają za mną.

Powietrze aż ciężkie jest od fetoru. I takie już pozostanie przez co najmniej tydzień…

Baranie głowy (Fot. Marta El Marakchi © All rights reserved)
Baranie głowy (Fot. Marta El Marakchi © All rights reserved)

Na obiad są szaszłyki z wątroby owijanej łojem. Nieśmiało dziękuję i chwytam się za brzuch, symulując przejedzenie. Ale w rzeczywistości umieram z głodu i marzę o pomidorkach, ogórkach, żółtym serze… Wątrobiano-łojowe szaszłyki są też na kolację i na śniadanie następnego dnia. Zostaniecie nimi ugoszczeni również w każdym innym domu, który odwiedzicie. Mięso będzie głównym składnikiem Waszej diety przez kilka kolejnych dni. Ja jednak postanowiłam nie tknąć potraw ze zwierząt, które umierały na moich oczach. Opłaciłam to małą głodówką. W końcu dopadłam jakieś chipsy ziemniaczane na stacji benzynowej. Zapłaciłam za paczkę jak za trzy i… zaspokoiłam trochę głód.

Zapisz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *