Marokańskie zapiski na rewersie biletu

Marokański transport (Fot. El Marakchi © All rights reserved)

Piesi i osły chodzą tu jak roztargnione i rozlazłe trole. Przebiegają w najdziwniejszych i najmniej odpowiednich miejscach. Jeśli już w ogóle przebiegają. Bo zazwyczaj raczej się nie spieszą. I nawet pędzące wprost na nich auto nie zmusi ich do przyspieszenia kroku. Wśród kierowców jedyną respektowaną zasadą ruchu jest pierwszeństwo tego, który wcześniej zatrąbi. Trąbią więc ile wlezie. Ale – w odróżnieniu od Polaków – nie wrzeszczą na siebie i nie odgrażają się pięściami. Co dziwne, ten wszechogarniający bałagan w ruchu ulicznym nie przekłada się wcale na ilość wypadków. Jak to możliwe? Nie wiem. To jedna z tych anomalii, których nigdy nie zrozumiem – podobnie jak nie potrafię ogarnąć umysłem, dlaczego „najarani” Holendrzy nie wpadają do kanałów. Gdyby przenieść to na grunt polski, nie jeden zawiany gentelman wróciłby nad ranem z knajpy zupełnie przemoczony. Fakt, że Marokańczycy nie wyginęli jeszcze rozjechani na miazgę na ich własnych drogach to… cud! Tak, cud właśnie. I chyba największy dowód na istnienie Boga 🙂

Tanger. Wzięłyśmy sobie do serca rady z wszelkich przewodników po Maroku, że trzeba się targować. Inaczej tubylcy się obrażą, że nie traktujemy ich jak równych sobie partnerów w biznesie. Szybko spadamy z chmur i przekonujemy się, że jest dokładnie odwrotnie. Już się nie targujemy. Przystajemy na każdą cenę i… wreszcie jedziemy taksówką do hotelu. Nasz kierowca wiezie nas dokładnie do „nikąd”. Na dodatek nagle przestaje rozumieć po francusku. Staje, otwiera okno i mówi:
– Sama sobie zapytaj o drogę.
W Polsce można złożyć skargę w korporacji. Tutaj nic z tych rzeczy nawet nie przychodzi nam do głowy. Możesz albo wysiąść, albo jechać dalej. Nie jest dobrze. Pokazujemy mu kolejny raz mapkę i miejsce, gdzie chcemy dojechać. Zerka. I nic. Nabieramy podejrzeń, że nie umie czytać, tylko się nie przyznaje. Niespodziewanie stajemy na samym środku skrzyżowania. Nasz kierowca spotkał swojego kolegę. Znów otwiera okno i gada, gada, gada… bynajmniej wcale nie o drodze, którą mamy jechać. Auta za nami trąbią.
– Nie mogą przejechać to trąbią. Co mają robić? – wyjaśnia kierowca… i gada przez kolejne 3 minuty, a sznurek samochodów za nami rośnie… i trąbi.
Do naszego hotelu musiałyśmy dojść piechotą bo drogi nie udało się w końcu znaleźć.

Kiedy jedziemy autobusem w góry znów nie mogę uwierzyć! Tu się wyprzedza na zakrętach! Jeden błąd i potoczymy się ze skały prosto w otchłań… ale chyba tylko mnie to przeraża. Zerkam na Khalida. Czyta właśnie – jak wszyscy wokół mnie – wersety Koranu kupione za jednego dirhama od obnośnego sprzedawcy. Jest pełen spokoju. A ja czuję, że zaraz umrę. Jeśli nie ze strachu to w jakiejś koszmarnej kraksie na drodze. Wysiadam dwie godziny później na miękkich nogach. Wciąż żyję! Żyję! Żyję! Tutaj cuda zdarzają się nadzwyczaj często…

Nic gorszego nie mogło mnie spotkać? Znów jestem w błędzie. Wiem o tym dopiero, kiedy widzę, czym będziemy podróżować do Paradise Beach. Na woźnicę czekamy prawie 3 godziny. Ciągle koło nas przejeżdża i obiecuje, że już za 15 minut nas zabierze, tylko jeszcze coś załatwi. Zjawia się, gdy już żadne z nas nie wierzy, że w końcu uda nam się pojechać. Konik trochę nerwowy, ale wygląda na zdrowego. Tylko na czym, do wszystkich ulęgałek, ja mam siedzieć? Wygląda to jak decha przykryta kocem. Kto wie, może to i nawet jakieś zdemontowane drzwi. Dwa kółka, żadnego uchwytu do trzymania i… wio! Koń pędzi, ja turlam się jak kartofel, który właśnie wypadł z jakiegoś worka, łapię się czego mogę, zapieram się nogami, na każdym wyboju (a tych tu nie brakuje) wyskakuję w powietrze. Niech mnie porwą diabli, jeśli to jest normalny sposób przemieszczania się. Ląduję wreszcie z głową przy samym tyłku konia, który popierduje jakby najadł się grochu. Nie patrzę ani w prawo, ani w lewo. Mam lęk wysokości. Zastanawiam się, co obejmuje moje ubezpieczenie na życie. Paradise Beach okazuje się zwykłą plażą i nie ma nic wspólnego z rajem. Może jednak ma… tylko ja już nie umiem się nim cieszyć. Mam posiniaczone nogi i tyłek. Bolą mnie wszystkie mięśnie od balastowania ciałem. A przecież trzeba jeszcze jakoś stąd wrócić…

Woźnica oczywiście znowu gdzieś przepadł. Udało nam się go wreszcie odnaleźć z jakąś młodą dziewczyną. Razem wjechali na koniu w fale oceanu. Przyjemne z pożytecznym. Kąpiel dla konika, namiastka seksu dla jego pana. Dziewczyna spłoszona naszym widokiem zeskakuje z konia i ucieka. Woźnica jest zły, bo nie zdążył zapytać jej o imię. Kiedy jedziemy skalistym zboczem, z góry widzimy, że „mała” ma już innego adoratora. Koń staje. Woźnica spluwa i chce zapalić papierosa, ale ogień nie chce się palić. Znika więc z głową pod ogonem konia. To może i dobry sposób na schowanie się przed wiatrem, ale nie przed końskim łajnem… Siadam wygodniej, pewniej, bardziej zrelaksowana. Już mną tak nie rzuca 🙂

Po wszystkim do listy moich „polskich tęsknot” – za porządną kawą z odrobiną mleka, za wanną z gorącą wodą, za czystym sedesem bądź jakimkolwiek sedesem – dużymi literami dopisuję „NORMALNI TAKSÓWKARZE, NORMALNI KIEROWCY, NORMALNI PIESI”. I robi mi się głupio. Bo nagle dostrzegam, że w tym szaleństwie jest jednak to COŚ, czego my Polacy nie mamy – cierpliwość, wyrozumiałość i życzliwość na drodze…

Related posts

Leave a Comment