Marokańskie psy czyli przygoda na cmentarzu

Cmentarz Żydowski w Fezie (Fot. Marta El Marakchi © All rights reserved)

To już nasz ostatni dzień w Fezie. Jutro jedziemy do Tangeru i wracamy do Polski. A. wpadła w zakupowe szaleństwo. Wlokę się za nią jak cień. Rzecz jasna nabzdyczona, bo nie znoszę zakupów. A jeszcze bardziej nie cierpię się targować. Lepię się cała. Czuję się brudna. Nie chce mi się przedzierać przez te wszystkie stragany.
– Wytrzymaj jeszcze trochę, a potem pójdziemy na cmentarz – mówi Khalid. – Nie taki, jak wczoraj. Jeszcze lepszy. Takiego jeszcze nie widziałaś.
Wie jak mnie udobruchać. Więc cieszę się już jak dziecko. Dzielnie przebijam się przez zatłoczoną medynę. Będzie cmentarz! Cmentarz! Yuppi! Yuppi! Yuppi!

Idziemy w czwórkę. Płacimy kilka dirhamów za wjazd i już jesteśmy za bramą. Mi zapiera dech. Cmentarz żydowski w Fezie jest faktycznie piękny i duży. Jeszcze takiego nigdzie nie widziałam. Nie ma tu typowych macew. Biegam z aparatem jak opętana i trzaskam fotki. Reszta trochę się nudzi, więc chowają się w cieniu małego gaju pomarańczowego na obrzeżach. Kiedy już obfotografowałam niemal wszystko dołączam do nich. Stąd jest naprawdę fantastyczny widok na miasto, bo cmentarz jest położony na wielkiej górze. Siedzimy i ględzimy o filmach, o festiwalu muzycznym w Fezie, o różnicach kulturowych… czas leci. Słońce nas rozleniwiło, więc dobrze nam w tym cieniu. Nikomu nie chce się stąd ruszać. Ale przecież się nigdzie nie spieszymy…

Kiedy stajemy znowu przed bramą i chcemy wyjść, okazuje się, że cmentarz jest już zamknięty. Zostaliśmy uwięzieni w środku. Muru nie da się przeskoczyć. Nie ma stąd żadnego innego wyjścia. Jeszcze do mnie nie dociera powaga sytuacji. Nigdy jeszcze nie nocowałam na cmentarzu i wydaje mi się to świetną przygodą. Nagle coś zaczyna przeraźliwie wyć. Włączyliśmy alarm! Trochę mi ulżyło. Skoro tu są alarmy i te alarmy zaczynają wyć, to znaczy że je ktoś usłyszy i pomoże nam się stąd wydostać – dedukuję z naiwnością i prostotą myślenia Kubusia Puchatka. Nic bardziej mylnego…

Ktoś nagle na cmentarz wpuścił psy. Nie wiem już ile. Może sześć, może siedem, może osiem… wszystko dzieje się zbyt szybko. Zresztą, kto by w takich chwilach liczył? Psy są duże, trochę zaniedbane, ale zęby mają zdrowe i chętnie by nas zjadły żywcem. Nie mam czasu się zastanawiać, czy to profanacja. Siedzę na najwyższym nagrobku, jaki znalazłam w pobliżu. Reszta też już obsiadła grobowce. Słyszę walenie własnego serca. Chyba zaraz umrę.

Psy, na jakiś niesłyszalny dla nas sygnał, nagle odpuszczają i biegną chordą na drugi koniec cmentarza. Nie wiemy, czy wrócą, czy odeszły na dobre. Chłopcy wpadają na pomysł, że będziemy skakać ze skały. Chyba ich pogrzało! Mam lęk wysokości. Nie chcę się cała połamać, a tak to się przecież skończyć musi. Wolę już siedzieć całą noc na grobowcu. Na szczęście (dla mnie) badania terenowe wypadają niekorzystnie i wspólnie dochodzimy do wniosku, że skakanie nie wchodzi w grę. Schodzę z grobowca na ziemię i chyba znów włączam alarm. W oknach bloków okalających cmentarz pojawiają się jedna za drugą głowy Berberów. Myślą, że wdarliśmy się do środka i dewastujemy groby. Chłopcy krzyczą coś do nich po arabsku. Oni coś odkrzykują.
– Mówią, że policja już po nas jedzie – mówi Khalid.
Co za gówno! Dopiero co wyszedł. Znów wpakowałyśmy go w kłopoty. Nam, jako turystkom nic raczej nie grozi. Ale jak on się wytłumaczy z naszego towarzystwa? Znów go oskarżą, że jest faux guides.
Stoimy. Każdy na swoim nagrobku. Nie ma już sacrum. Jest walka o przetrwanie. Skacząc z grobu na grób (tylko w ten sposób nie uruchamiamy alarmu) próbujemy przedostać się do bloków. Jacyś Berberowie wiążą dla nas drabiny (chwała im za to!). Plan jest taki, że musimy po nich wdrapać się na pierwsze piętro i wydostaniemy się przez ich mieszkanie. Minuty potwornie się wloką. Czekanie wydaje mi się wiecznością. Wciąż nerwowo oglądam się za siebie, czy psy nie wracają. Rakesh, już nie dba o zasady dobrego wychowania i pierwszy ładuje się na drabiny, które ledwie trzymają się kupy. Biedny z przerażenia pogubił klapki. Siłą wypychamy Khalida jako następnego. Przecież my możemy i poczekać na policję. On nie. Niechętnie się zgadza. Drabiny jęczą jakby zaraz miały runąć. Są trochę za krótkie i nie mogę się wdrapać na taras. Berberowie wciągają mnie za ręce do góry. Już nie pamiętam, że miałam lęk wysokości. Na końcu A. Rzuca jeszcze Rakeshowi jego klapki. Już jest na górze. Udało się! Nie do końca…

Ledwie wyrwaliśmy się z paszczy rozwścieczonym psom, wpadamy prosto w objęcia marokańskiej policji. Znowu się drą po arabsku. Nic nie rozumiem. Spisują numery naszych paszportów. Chcą jeszcze dowody osobiste bo potrzebują adresy zamieszkania. Z satysfakcją zauważam, że nie umieją przepisać danych. Łaciński alfabet sprawia im dużo trudności.
– Może sama napiszę – proponuję wreszcie.
Policjant rozchmurza się i z wdzięcznością oddaje mi długopis. Pierwsze lody zostają chyba przełamane. Za chwilę podchodzi jeszcze dwóch. Wyglądają razem jak Flip i Flap.
– Mój kolega umie już kilka słów po polsku, ale chciałby poznać więcej – mówi Flip.
A Flap recytuje z pamięci: „Dobra, dobra. Spoko Maroko. Dzień dobra. Dowidzynia”. Potem oni każą mi coś powtórzyć i się strasznie cieszą, kiedy łamię sobie język. No proszę, są całkiem mili.
Pojawia się Żyd, który nas wpuszczał na cmentarz. Ale zapomniał już, że brał od nas kasę i otwierał nam bramę. Twierdzi, że nas nigdy nie widział. Znowu wszyscy zaczynają się drzeć po arabsku jeden przez drugiego. W końcu nas puszczają. Oglądam się jeszcze za siebie. Flip i Flap uśmiechają się. Grożą mi palcem.
– Dobra, dobra – mówię i znikam za zakrętem.

Kasia Blanka

Related posts

Leave a Comment