Łomżyńska legenda o królowej Bonie

legendy łomżyńskie, Łomża, Wzgórze królowej Bony w Starej Łomży (Fot. (Fot. Marta El Marakchi © All rights reserved)

5 km od dzisiejszej Łomży, w miejscu zwanym Górą Królowej Bony widać wyraźne ślady potężnego grodu i otaczających go wałów ziemnych. Gród ten istniał od X do XII wieku. Od północy okalała go rzeka Narew i jej bagnista dolina. Z miejscem tym związana jest pewna legenda… Na sąsiednim wzniesieniu zwanym Wzgórzem Świętego Wawrzyńca według legendy i zapisków kościelnych miał stać kościół parafialny, wybudowany przez św. Brunona z Kwerfurtu, ok. 1000 roku.

Było to w jedną noc styczniową. Mróz, który od kilku tygodni się srożył i Narew grubym okrył lodem, sfolgował właśnie nad wieczorem, a leciutki śnieżek pokrył ziemię. Powietrze było zupełnie ciche i tak łagodne, iż po siarczystych mrozach zdawało się ciepło jak na wiosnę. Księżyc, chociaż niepełny, przyświecał jasno, a w jego blasku zlodowaciałe drzewa i suche badyle polnych chwastów iskrzyły się jak gdyby ze srebra i brylantów samych złożone.

Mogło być około północy, gdy Jaśko-Grajek wracał po lodzie zza Narwi do domu, bo jakoś tej niedzieli rychlej się skończyły niźli zwykle tany w karczmie, w której grał właśnie. Był to sobie rześki, dwudziestoletni parobczak, z rzemiosła swego pastuch bydła w Łomżycy, a z zamiłowania grajek. Chodząc za stadem swoim przez lata całe ze skrzypkami nieodstępnymi, tak się doskonale wygrywać na nich wyuczył, że aż rozkosz było słuchać. Toteż choć młody, poczynał już mieć sławę w okolicy, dziewki uśmiechały się do niego radziej niż do drugich parobków, a gdzie było wesele albo tany w pobliżu, trudno się obyło bez Jasia.

Otóż tedy powracał sobie po lodzie z karczmy do domu, a że mu jeszcze czmerało parę kieliszków w czuprynie, wygrywał sobie po drodze to wesołe, to rzewne piosneczki, jak mu która na myśl przychodziła. Właśnie, przeszedłszy szczęśliwie przez rzekę, mijał pagórek, na którym kiedyś stało zamczysko Bony, gdy wtem stał się przed nim dziw, który go od stóp do głów przejął mrowiem. Tuż przed oczyma jego rozwarła się nagle jedna ściana pagórka i z ciasnego jej otworu ukazała się piękna pani, wystrojona jak na święto, cała od złota i klejnotów. Jaś, choć mu w głowie czmerało, widział, że to coś nie po ludzku się dzieje. Chciał się przeżegnać, ale mu smyczek przeszkodził, zawołał więc tylko na głos:
– Wszelki duch Pana Boga chwali!
– I ja Go chwalę – pokornie i rzewnie odpowiedziała strojna pani – choć nim oglądać Go stanę się godną, wieki, wieki jeszcze miną! – z cichym dodając westchnieniem.
Jaśko, skoro tylko pierwsze słowa jej posłyszał, uspokojony, że nie z diabłem ma do czynienia, nie dając na resztę uwagi, zdjął czym prędzej z głowy baranią czapkę i kłaniając się do nóg, zaczął prawić:
– A toć mi wybaczcie, Imościulu! żem się was wyląkł gdyby czego złego… Ale dalibóg – bo i skąd się też Imość o tej porze tutaj wzięła?… Albo, pfu! czym ja pijany, czy co? Czyć mi się to jeno widzi, że to my tutaj nad Narwią, w szczerym polu – a to, ot, że niby zamkowa góra – hę?
– Dobrze ci się widzi, mój człowieku. Toć to jest zamkowa góra, a ja nieszczęsna ta królowa Bona, com na niej kiedyś mieszkała!… Ach, ciężko się nagrzeszyło, ciężko też pokutuję teraz! W zapadłym zamczysku moim dręczą mnie i poniewierają złe duchy, tylko ta jedna godzinka przed północą, o której za życia, bywało, pacierz mawiałam, wolna mi od mąk zostaje… Ale co ci o tym prawić! Choćbyś chciał, pomóc mi nie zdołasz… Oto uczyńże przynajmniej jedno, co możesz. Słyszałam, jakeś, idąc, ślicznie wygrywał piosenki, zagrajże i mnie z jedną, ze dwie jakie, to zapomnę choć na chwilkę o mojej srogiej niedoli.
To mówiąc zjawisko niewieście spojrzało Jankowi w oczy tak miłosiernie prosząc, że chociaż dowiedziawszy się o jej godności, rad był wziąć nogi za pas i drapnąć do domu, nie mógł się oprzeć milczącemu błaganiu i podstroiwszy skrzypce, zaczął grać jej k’ woli śliczną piosenkę:

Choćbyś ty jeździł we dnie i w nocy,
Choćbyś wyjeździł koniowi oczy.
Tak ja twoją nie będę!

Bona słuchała z zachwyceniem. Ach! bo i któż by słuchać mógł bez niego tej cudnej mazowieckiej pieśni? – cóż dopiero ona, nieboraczka co od lat tyluset nie znała innej muzyki, tylko wycia i śmiechy diable? Jaś też grał, co się nazywa, doskonale. Nie umiał ci on wysławiać smyczkiem po strunach takich dziwnych skoków, jak na przykład dzisiaj niejeden okrzyczany szarlatan, ale od pierwszego dotknięcia skrzypek tak się duszą całą wmyślił w piosenkę graną, że zapomniał o Bonie i strachu, o wszystkim wokoło siebie, wyśpiewując w głębi duszy słowa, których nutę wygrywał. Toteż jednostajna melodia piosenki z każdą zwrotką nabierała nowego wyrazu, ruchu i dźwięku, a kiedy przyszedł w myśli aż do tych słów dziewczyny:

A ja się stanę gwiazdką na niebie,
Będę świeciła ludziom w potrzebie.
Tak i ja twoją nie będę!

do nieporównanej odpowiedzi chłopca:

A ja niani litość nad ubogimi,
Ta sproszę gwiazdkę z nieba do ziemi.

Skrzypki Jasiowe tak czarującym odezwały się głosem, że Bonie z czarnych oczu trysnęły dwie jasne łez krynice i dwiema kroplistymi strumieniami z twarzy na wznoszące się piersi spadały.

– Dzięki ci, dzięki! – zawołała, kiedy skończył – za te łzy, któreś mi wycisnął. Ach, nie pojmujesz sam, ileś mi dobrego sprawił. Łzami tymi wyciekło z duszy mojej więcej złego, niźli ogień czyśćcowy przez cały rok mógł strawić… Ale słyszysz? oto północ bić zaczyna – muszę wracać na pokutę! Bywaj zdrów, a pamiętaj, jeśli kiedy będziesz potrzebował pomocy w jakiejś potrzebie, przyjdź, zagraj tylko pod tą górą, a ja wynijdę do ciebie. Nie zapomnij tylko pory: w godzinę przed północą!

Wtem na wieży łomżyńskiej fary zegar uderzył dwunasty raz. Bona skoczyła w czarną czeluść pagórka, która się za nią zawarła, a Jaś posłyszał taki ryk i jęk, i brzęk łańcuchów, że zatykając uszy, pobiegł wystraszony ku domowi; odmawiając z cicha pacierz za zbawienie pokutującej królowej.

******

Słońce poczęło wyżej wzbijać się na ziemię i ciepławy południowy wiatr powiewał po lesistych Polski płaszczyznach, niosąc na skrzydłach swych młodą wiosnę, otoczoną śpiewnymi chórami skowronków i szczebiotliwych jaskółek, ciągnącą za sobą długie wędrownego ptactwa sznury. A w miarę jak ten zgiełkowy orszak niewidzialnej bogini przebiegał ponad niwami, topniały lody w brylantowe krople i śnieg poczerniały rozpływał się w tysiące strumyków, brzmiących po kamykach we wtór wiosennego ptactwa świergotowi. Bladozielone łąki stroiły się w pierwsze stokrotki; nagie jeszcze rosochate drzewa radośniejszą już przybierały barwę, zdało się, że pod ich grubą, szorstką korą widać krążenie soków, a długie ich ramiona, poruszane wiatrem przelotnym, nie przerażały już tym kościotrupim stężałych członków chrzęstem, lecz uginając się lekko, miłym odzywały się szumem. Nawet posępna, krzywokonarzysta sośnina, obwiana tchnieniem młodzieńczym wiosny, zdawała się odmładzać żywszą barwą i balsamiczną rozlewała wonność.

Jaś po raz pierwszy wygonił swoje bydełko na świeżą pastwę, na łąki bujne, brzegiem lasu się ciągnące. Zachwycony pięknością bożego świata pochwycił nieodstępne skrzypki i zasiadłszy na próchniejącym pnisku starej jakiejś olchy, patrząc w jasnobłękitne niebo i słuchając tajemniczych głosów, z głębin jego brzmiących, wylewał serdeczną muzyką przepełniające duszę błogie uczucie.

Biedny Jaś, biedny poeta grajek! Zapomniał na śmierć, że był pastuchem dworskiego bydła. Przez przezroczyste niebo widział Boga w całej chwale i wszechmocy, otoczonego chórami aniołów, i zdało mu się, że sam, stawszy się także aniołem wygrywał na swych skrzypkach chwałę Przedwiecznemu…

Z marzenia tego zbudził go nagle okrutny, boćkowski kańczug spadających mu gradem ciosów na plecy i ramiona.
– Ha! psia, chamska duszo niegodziwa! – wrzasnął z konia gruby pan ekonom – tak to pasiesz pańskie bydło? Dam ja ci muzykę, złodzieju!… – i grzmocił batogiem dalej.

Jaś, z bólu i strachu wypuściwszy skrzypki, zobaczył stado swoje rozpierzchnione po pastwisku i po bliskiej oziminie, po kępinach i zaroślach, uchodząc pod niemiłosiernym batogiem, pobiegł je zganiać w gromadkę. Rozperzony ekonom tymczasem grzmiał jeszcze długo przekleństwami i groźbami, aż przypomniawszy sobie o czymś innym, pogalopował dalej.

Po kilku godzinach znojnego biegania udało się Jasiowi zegnać wreszcie do kupy wszystko bydło rozpierzchnione, lecz gdy je zebrawszy wziął liczyć – o zgrozo! – przekonał się, że czerwonej Łysej nie dostawało. Próżno jej dowoływał, próżno szukał w pobliskich zaroślach, a dalej odchodzić nie śmiał, żeby się wszystko nie rozeszło znowu. Co było robić? Pognał przed czasem stado do dom, a zamknąwszy w oborze, sam odszedł choćby noc całą szukać straconej jałówki. Ale nie potrzebował trudzić się zbyt daleko, zaledwie przyszedł w pierwszy gęsty zagaj, znalazł poszarpaną świeżo skórę swojej zguby, rogi i kopyta. Czerwoną Łysą wilki zjadły!

Jęknął Jaś na ten widok jak przybity i zdrętwiał cały, myśląc o karze, jaka go czeka.
– Boże, mój Boże! – wołał łamiąc ręce – cóż ja nieszczęsny mam począć?… Albo
mi się utopić, albo się powiesić!…

Wtem przypomniał sobie Bonę i obietnicę, którą mu uczyniła. „Tonący brzytwy się chwyta”, a tak i Jaś, choć go mrowie przechodziło na samo wspomnienie zamkowej góry, odważył się i szedł szukać pomocy u pokutującej królowej. Stanął u zamkowej góry właśnie w sam czas, bo tylko co była jedenasta wybiła; przeżegnawszy się więc pobożnie i poleciwszy Panu Bogu, począł wygrywać na skrzypkach. Niezadługo otworzyła się przed nim jak niegdyś ściana pagórka i Bona w królewskim wyszła stroju.
– No, jak się miewasz, przyjacielu – zapytała Janka. – Jakoś smutnie ci dziś z oczu patrzy; powiedzże, co się stało i jakiej chcesz pomocy.
– Ach, oświecona królowo! – rzekł grajek – stało mi się ciężkie dziś nieszczęście. Zagapił się człowiek pasąc bydło, a czerwona Łysa tymczasem w las zalazła i wilcy ją pożarli! Poradź, pomóż, zlituj się, miłościwa pani! bo mi się chyba utopić przyjdzie.
– Nie rozpaczaj no tylko przed czasem, chętnie ci dopomogę. Jałówki wprawdzie zjedzonej nie wrócę, ale dam ci tyle pieniędzy, żebyś albo inną kupił, albo panu ją zapłacił. Ileż, myślisz, będzie ci trzeba?
– Ano, Icek dawał panu za nią ośm talarów, ale pan nie chciał inaczej tylko dziesięć. Jeszcze sam zapowiedział: „Pamiętaj, Jasiek, możesz oddać Ickowi czerwoną, jak ci zapłaci dziesięć talarów”. Ale Icek na moje nieszczęście nie przyszedł.
– Dobrze tedy – mówiła Bona – ja ci dam dziesięć talarów, a będziesz mógł powiedzieć, żeś bydlę sprzedał, ale po pieniądze sam sobie iść musisz do lochu. Stoi tam jedna kadź talarów, to sobie odlicz, co ich potrzeba. Pamiętaj tylko, żebyś ani na włos nie brał więcej, bobyś popadł w moc złego, a na to ja nic bym nie mogła już pomóc.
Jasiowi nie było miło, że sam musi leźć w głąb góry, ale że nie miał innego wyboru, zebrał całą odwagę do serca i poszedł. Czarnym, krętym korytarzem zaszedł do ogromnej piwnicy, a w której od srebra, złota i drogich kamieni widno było gdyby w dzień. Pod jedną ścianą stała kadź szeroka, pełna pod wierzch bitych, błyszczących talarów. Jaś drżącą ręką odliczył ich sobie dziesięć – przeliczył jeszcze raz drugi, czy nie wziął przypadkiem za wiele, i schowawszy je dobrze za nadrą, pobiegł, nie oglądając się, na powrót. Wydostawszy się na wolne powietrze, odetchnął, jakby się na świat na nowo narodził, a podziękowawszy serdecznie Bonie, wrócił szczęśliwie do domu.

******

Bieda nigdy nie przychodzi sama. Jak się raz zacznie, to idzie jedna za drugą jak pacierz w różańcu. Wkrótce po stracie jałoszki zdarzyło się Jaśkowi nowe, gorsze sto razy nieszczęście, zakochał się biedaczysko. Jeszczeć, że się zakochał, może by to i nie było tak źle bardzo, boć powiadają, że to nawet czasem na dobre bywa; ale licho go skusiło zakochać się w Małgoli, córce młynarzowej z łomżyńskiego przedmieścia.

Taka panna młynarzówna dla ubogiego grajka wiejskiego jest tak w stosunku, jak na przykład jaka hrabianka albo bogata dziedziczka względem niemajętnego artysty albo literata. Schlebiało jej to, że Jaś, dorodny chłopak i łubiany od tylu dziewek, był jej uniżonym służką, nawet nie szczędziła mu czułych spojrzeń i uśmiechów; ale Jaś, nie w ciemię bity, widział dobrze, że to wszystko kobieca obłuda, żeby go sto razy oddała za pierwszego lepszego wiercipiętę z miasta… Stary Grzegorz, gajowy, stryj jego, widząc, jak srodze się miłością swą martwił,
mówił doń nieraz:
– Ej, Jasiu, Jasiu! niechaj ty młynarzówny! Co ci za licho w łeb wlazło? Czy to nie masz tylu ślicznych dziewek, co za tobą przepadają, żeby się tamtej wpraszać? A gdyby cię nawet i kochała, gdybyś się z nią nawet ożenił, choćby ci też i najlepszą była żoną, to wierz staremu – kością w gardle stanąłby ci tatuś i mamusia, nadęci bracia i siostry, bo to wszystko to takie głupie, że by się miało za coś lepszego od ciebie. Daj jej pokój, mówię tobie, ot, wiesz co, wyswatam ci Wojciechową Jagnę albo Kaśkę po Jędrzeju?…

Ale zakochanemu prawić, ażeby dał pokój, to tak, jakbyś choremu chciał odradzić, żeby nie miewał gorączki. Jaś wiedział tylko jedno: że bez Małgoli żyć nie może, a co dalej będzie, nie myślał. Od kłopotu i zmartwienia zaczął wreszcie chudnąć i blednąć.
„Oho – pomyślał sobie – źle! Jak wychudnę i zbiednieję, będzie jeszcze trudniej z dziewczyną. Cóż ja, nieszczęsny, mam począć? Ha! dziej się wola boża! Pójdę na poradę do Bony, czy mi co nie pomoże”.
I w rzeczy Bona znalazła mu radę (bo ponoć za życia swego nieraz tego sama próbowała).
– Chcesz, żeby cię twoja dziewka kochała? Sposób łatwy na to – rzekła – złap żywego nietoperza, włóż go w nowy garnek i obwiąż rzeszociskiem, a potem o północy zagrzeb w mrowisku. Tylko, pamiętaj, odchodząc nie oglądaj się, boby ci się złe nadarzyć mogło. Nazajutrz idź do mrowiska, a znajdziesz w garnku kościane widełki i grabki; którą dziewczynę zechcesz, żeby cię kochała, przyciągnij ją skrycie ku sobie grabkami, a nie będzie mogła żyć bez ciebie, która ci zaś niemiła, a wdzięczy się k’ tobie, odepchnij ją jeno widełkami, to będziesz miał spokój od niej.
Uradowany Jaś złotą radą odszedł, po tysiąc błogosławiąc jej razy. W kilka dni złapawszy nietoperza, uczynił wedle jej nauki, a w niedługi czas stało się, że wszystkie dziewki, co za nim kiedyś szalały, teraz ani spojrzały na Jasia; Małgorzata zaś młynarzówna na śmierć się w nim zakochała.

Ale tu jeszcze nie był koniec jego kłopotów. Kiedy przyszło do oświadczyn, rodzice dziewczyny roześmieli się mu w żywe oczy, że taki gołota chce posażnej ich córki, a choć kochająca Małgosia płakała i rozbijała się prosząc u nóg ich, stary młynarz, jak kamień twardy, zaklął się, że jeśliby ją wydał kiedy za chłopa, to chyba tylko za gospodarza albo gospodarskiego jedynaka. Cóż mógł biedny Jaś poradzić? Musiał znosić cierpliwie wymówki stryjowe, że go na próżno w swaty na hańbę wyprawił; urągowisko chłopaków i dziewek, że chciał leźć wyżej niż podrósł, a co najgorsze patrzeć na łzy i smutek swojej Małgoli. Gdy kilka tygodni tak przeszło, a nie było nadziei, żeby młynarz dał się zmiękczyć, Jasiek wspomniawszy sobie skarby niezmierne pod zamkową górą, postanowił raz jeszcze udać się o pomoc obiecaną do Bony.

******

Podług zwyczaju Bona przyjęła Jasia łaskawie, pytając, czego by potrzebował.
– O wielmożna królowo! – począł Jaś kłaniając się do ziemi – a dyć to jeszcze nie koniec utrapieniu memu!… Prawdać, że Małgola mnie kocha, choćby w ogień za mną wlecieć, ale cóż, kiedy jej ojcowie wyśmieli się jeno ze zalotów moich, a młynarz zaklął się, że nie wyda jej inak, jak za gospodarza. Cóż ja, biedny sierota, mam począć? Użal się mnie ty, jasna pani! a do końca życia naszego będziem oboje co dzień prosić o pokój wieczny dla ciebie!…
– Z duszy serca, miły Janku, jakom przyrzekła, chętnie ci pomogę – odpowiedziała Bona. – Mów, jak wiele ci potrzeba, ale pamiętaj, mów prawdę, nie żądaj więcej nad słuszną potrzebę, bo łakomstwo ciężki grzech i nie zostaje bez kary.
– A niech mnie Bóg ciężko skarze, jeśli choć o półgroszek za wiele powiem! Oto właśnie o granicę jeno od nas jest na sprzedaży gospodarstwo po kołodzieju Jakubie, co w łońskie lato utonął, za okrągłe czterysta talarów. Gospodarstwo jak z płatka wywinął, wszystkie porządeczki i bydełko śliczne: żebym je tylko mógł kupić, młynarz sam by mi prosił z Małgolą.
– Idźże, weź sobie z lochu te czterysta talarów, ale nie zapominaj, com cię ostrzegała: nie tykaj nic ani na włos więcej, bobyś to drogo przepłacił.
Tą razą już bez takiej trwogi wszedł Jaś do piwnicy, gdzie stały skarby zaklęte, i odliczył swoje czterysta bitych. Odchodząc z nimi obejrzał się ciekawie dookoła: mój Boże! co tu śliczności! nie na jedno wzięła go ochota, ale przecież przemógł siebie i już był u samych drzwi korytarzowych, gdy wtem potknął się o coś na drodze.
Przeklęte biesy, co skarbów tych pilnowały, uradziły się na Jasiową zgubę – i patrzcie, wiedziały, psie wiary, czym skusić Mazura..!

Schyliwszy się grajek zobaczył parę nowiusieńkich butów, z zawijanymi cholewkami, wysmarowanych słoniną, że aż się świeciły, z calowymi u obcasów podkówkami. Czego nie mogło srebro i złoto, tego dokażą buty. Jaś ułakomiony, począł się namyślać, czy je wziąć, czy lepiej nie brać… Popatrzył troskliwie po wszystkich kątach, czy gdzie nie siedzi licho zaczajone, ale nic widać nie było.
„Ej – pomyślał sobie – tylko aby przymierzę, czyby mi też były wraz”… – położywszy miech z talarami na ziemi, zrzucił swoje zszarzałe chodaki, a nazuł nowe buty na nogi.
Wtem na kościele w mieście poczęła bić dwunasta godzina i Bona wbiegła do podziemia.
– Śpiesz! Uchodź! – zawołała- za chwilę zamknie się góra!
A wystraszony Jaś, o wszystkim zapomniawszy, podbiegł wydostać się na świat żywy.
– Szczęśliwej drogi w nowych butach – zahuczał za nim w głębi głos okropny, zmieszany z piekielnym śmiechem, od którego aż cała zatrzęsła się góra. Jasiowi włosy na głowie powstały, aż wtem poczuł nagle, że go w nogi pali, jakby je miał włożone w płonącym zarzewiu… Przerażony, chciał zrzucić diabelskie buty, alerozpalona smoła tak do ciała przylgnęła, że ich oderwać nie było rady… Rycząc i jęcząc od bólu padł nieszczęśliwy grajek na ziemię, wijąc się jak wąż wśród piekielnych męczarni.

Z rankiem nazajutrz ludzie przechodzący w pole znaleźli Jaśka-Grajka omdlałego przy zamkowej górze. Z przestrachem zobaczyli, że obie nogi jego po kolana na węgiel były spalone i rozsypały się całkiem, kiedy go z ziemi podnosili. Zanieśli biedaka do Łomży do szpitala, gdzie go doktorzy ocucili i pomału do zdrowia przyprowadzili. Ale na całe życie zostawszy kaleką, musiał potem, czołgając się na czworakach od wsi do wsi, żebrać kawałka chleba śpiewając przy swoich skrzypcach pode drzwiami u ludzi, nieszczęśliwa zaś Małgosia od żalu i zgryzoty wrychle Bogu ducha oddała.

Related posts

Leave a Comment