I będę Cię miała w wątrobie aż do śmierci lub dłużej…

Ślub w Maroko (Fot. Marta El Marakchi © All rights reserved)

I będę Cię miała w wątrobie aż do śmierci? Brzmi prawie jak deklaracja przywiązania chorego na nowotwór do jego raka. Przykro mi, ale tak właśnie mi się kojarzy (a za swoje skojarzenia nie odpowiadam). Tymczasem to typowe miłosne wyznanie w Maroku. Tam nie nosi się ukochanej osoby w sercu… lecz w wątrobie.

… Po pięciu wycieczkach do Rabatu i dwóch tygodniach biegania po urzędach już trochę nam się odechciało tego całego ślubu. Spłukaliśmy się kompletnie – tłumaczenia, opłaty skarbowe, opłaty konsularne, łapówki… A miało jeszcze na obrączki starczyć. Teraz siedzę ze wzrokiem wlepionym w noss noss. Jakoś nie mogę uwierzyć, że to już. Że już jutro będziemy mężem i żoną.

– O czym myślisz – pyta mon cheri.

– O rozwodzie – mówię prosto z mostu. – Jeśli to tak skomplikowane jak ślub, to… – nie kończę.

2 tygodnie wcześniej

Najpierw lekarz. Nie wiem po kiego grzyba. Ma sprawdzić, czy jestem zdrowa psychicznie i czy nie mam na przykład AIDS. Dobrze, że nie dziewictwo (choć kto wie). W rezultacie pielęgniarka zanosi mu bombonierkę z Polski i mam w garści papier, że z medycznego punktu widzenia mogę wyjść za mąż. A lekarz nawet nie widział mnie na oczy.

Idziemy do adula. Ten ogląda nasze papiery i stwierdza, że wszystkie są zupełnie nie ważne. Trzeba je legalizować. I jeszcze zaświadczenie, że nie byłam karana w Maroku. Jakby z Polski nie wystarczyło. A może jeszcze ze Stanów Zjednoczonych (choć w życiu tam nie byłam i być nie chcę). Bo kto wie, może tam coś kiedyś narozrabiałam… Ale niech im będzie. Biegniemy dalej. Byle zdążyć przed zamknięciem…

– Po co przyszliśmy do tego garażu – pytam.

– To nie jest żaden garaż. To Ministerstwo Spraw Wewnętrznych – mówi cheri. Jeszcze jest pełen woli walki i optymizmu. Zaraz mu przejdzie…

Wąsaty grubas w MSW stwierdza, że nie zna mojego tłumacza przysięgłego. Babsko zdarło ze mnie za tłumaczenie prawie 600 PLN, a grubas mówi, że jej nie zna! Zdziwiłabym się, gdyby znał… No to już chyba tylko Ambasada może pomóc (obyście nigdy nie musieli korzystać z jej pomocy!). Ale w Ambasadzie drzwi zamknięte na cztery spusty. Czyżbyśmy jechali na darmo? W końcu kobiecy głos w domofonie… ufff. Mówimy „o co kaman”, a pani na to:

– Ja tu miałam ważne spotkanie z panią Konsul. Musiałam wyjść z niego. Proszę tak więcej nie robić! Proszę tak więcej nie robić!

Gapimy się na siebie pytająco i z zażenowania nie wiemy, co powiedzieć. Że niby jak nie robić? Nie dzwonić do drzwi? Nie przychodzić? W ogóle nie zawracać dupy? Czy o to chodzi?

A pańcia wyciąga rękę po… 350 dirhamów! Trochę drogo, za tak miłą obsługę, jedną pieczątkę i dwie minuty roboty. Mam nadzieję, że się więcej nie spotkamy…i że to już koniec. Nic bardziej mylnego. To początek!

Musimy zalegalizować wszystkie moje papiery w Urzędzie Miasta. Ten nawet garażu nie przypomina. Bardziej poczekalnię dworcową w Pcimiu Dolnym. Oczywiście nie ma żadnej kolejki i wygrywa ten, kto się bardziej rozpycha. Jak już się dopchaliśmy, bach bach bach… i mam wszystkie pieczątki. Ale przecież musi je podpisać jeszcze naczelnik, który przyjdzie za 15 minut. Nie przyszedł ani za 15, ani za pół godziny, ani za 45 minut. Żeby nie tracić czasu biegniemy do Ministerstwa Spraw Zagranicznych po moje zaświadczenie, że nie byłam karana w Maroku. Kiedy wracamy, naczelnik już jest, ale nasze papiery przepadły bez śladu. Urzędnik, który je od nas przyjmował, właśnie skończył swoją robotę i wychodzi. Urzędnik, który przyszedł na jego miejsce, mówi że dopiero przyszedł i nic nie wie. Dom wariatów! Mi już chce się płakać. W końcu papiery się znajdują, wymiętolone jakby psu z gardła wyciągnięte… ale są! Błogosławiona pieczątka i podpis naczelnika też.

No to teraz Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Po kolejne podpisy i pieczątki. Ale musimy poczekać 4 dni. W urodziny Proroka muzułmanie nie pracują. Czas leci, a my go nie mamy. Jest! Wreszcie się udało! Jeszcze tylko odebrać zaświadczenie o niekaralności i… kolejne schody! Tym razem w prokuraturze. Pańcia w hidżabie stwierdza, że wszystkie papiery są nieważne bo… nie zna mojego tłumacza przysięgłego. Mon cheri wpada w szał, zaczyna się drzeć i awanturować, w końcu mówi kilka słów za dużo…

– Obrażasz Królestwo! – krzyczy urażona pańcia i rzuca naszymi papierami. – Nie będę się więcej twoją sprawą zajmować!

Problem w tym, że tylko ona się tym zajmuje. Zostajemy więc na lodzie. Cheri obwieszcza całemu światu, że ma dość i idzie na skargę. Pańcia za obrazę Królestwa chce go wsadzić za kratki. Zrywają się ze swoich miejsc i ruszają na wyścigi do prokuratora… kto pierwszy naskarży? Teściowa płacze i zawodzi, że słychać ją na całym piętrze. Ma taką cudowną zdolność, ze potrafi to robić na zawołanie. Głaszcze pańcię po głowie i uspokajająco szepcze jej do ucha… Magiczne zaklęcia? Może. Ale raczej wychwala jej dobroć i obiecuje nagrodę (z własnej kieszeni, czy od Allaha – tego nie wiem i już się raczej nie dowiem). Mon cheri dostaje od mamusi polecenie wyjścia i nie pokazywania się pańci na oczy. Działa na nią, jak płachta na byka. Teściowa bierze sprawy w swoje ręce. Po godzinie płaczów i lamentów, pańcia zdaje się wreszcie ułagodzona. Nagle zauważa pieczątkę, której wcześniej nie widziała i stwierdza, że wszystko już jest w porządku. Stawia parafkę. Ufff.

Biegniemy zasapani po schodach na górę po podpis prokuratora. Prokuratora nie ma, ale dumny i wyniosły Arab mówi, że to nic nie szkodzi. Prokurator jest kilka budynków stąd, a on i tak tam jedzie, więc zaraz nam przywiezie podpis. Spławia jakąś posiniaczoną wieśniaczkę z gór, która chce złożyć skargę na swojego męża (mówi jej, że nie ma na co czekać bo prokuratora i tak nie ma i nie będzie) i wychodzi. Po dziesięciu minutach jest z powrotem. Z naszymi papierami i podpisem! Długo rozwodzi się nad tym, co dla nas zrobił. Podpowiada nam, o co nas mogą zapytać na policji i co mamy odpowiedzieć. Skąd ta uprzejmość? Chce łapówkę.

– Kij mu w oko – myślę sobie. – Już się więcej nie spotkamy.

Udajemy, że nie odczytujemy jego intencji i wychodzimy. Już tylko policja i… wreszcie ślub?

Pan policjant prawie nie mówi po angielsku, co się okazało potem wielką zaletą. Siedzi pochylony nad grubym zeszytem w kratkę i spisuje nasze zeznania. Co studiowaliśmy, w którym roku zdawaliśmy matury, gdzie się poznaliśmy, jak długo jesteśmy razem, CZY SPALIŚMY ZE SOBĄ PRZED ŚLUBEM… Brakuje jeszcze tylko policyjnego ginekologa, który sprawdzi to naocznie (choć dowcipnie tu chyba bardziej by pasowało). Patrzę na koślawe litery policjanta, jak przekręca nazwę mojej firmy i miejsce mojego urodzenia. Nic nie mówię. Po co? I tak musi to jeszcze przepisać do trzech innych zeszytów (na wypadek, jak się któryś zgubi), a przepisując pewnie jeszcze ze trzy razy wszystko przekręci. Niech pisze co chce. To i tak bez znaczenia. Patrzę na portret Króla na ścianie.

– Wiesz kto to jest? – pyta policjant.

– Król – odpowiadam.

– Znasz jego imię? – pyta dalej, a ja już jestem cała spięta. Oczywiście, że wiem. Mohamed VI! Ale nerwy odbierają mi rozum i zamiast tego mówię:

– Mohamed V.

Patrzy na mnie tak, że czuję jak całe białko w organizmie mi się ścina.

– Czytałaś dużo książek w dzieciństwie – pyta dalej, a ja się zastanawiam czy to pytanie jest podchwytliwe i w jaki sposób mogę się na nim wyłożyć. – To co tam w tych książkach wyczytałaś? Że jaka religia jest najlepsza?

Patrzę pytająco na mon cheri. Jakaś wskazówka? Nic z tego! Mam powiedzieć prawdę, że jestem buddystką? Czy to, co napisali mi w papierach, że jestem katoliczką? A może powinnam wyznać, że islam jest najlepszą religią świata? Nie rozumiem o co facetowi chodzi. Nie mogę go rozgryźć. Chce sobie pogadać o religiach? Też się tym interesuje? O naiwności!!!

– Buddyzm – wypalam w końcu i widzę w oczach mojego starego błyskawice, więc szybko dodaję, że właściwie to sama nie wiem.

Policjant nie bardzo rozumie, więc mon cheri mu wyjaśnia po arabsku:

– Mówi, że jest chrześcijanką, ale chciałaby w przyszłości przejść na islam.

Policjant jest zadowolony z takiej odpowiedzi, ale jest bystrym obserwatorem, więc krótka wymiana zdań po polsku między nami wzbudza jego podejrzliwość. Postanawia przyjrzeć się tej mojej religijności dokładniej. No i zaczyna się wykład z Koranu. Im bardziej chłopak się stara, tym bardziej mnie od islamu odstrasza.

– Jeśli jeden chrześcijanin nie idzie na pielgrzymkę do Mekki, a sto tysięcy muzułmanów idzie, to kto ma rację? – pyta.

– Sto tysięcy muzułmanów – mówię, nauczona już, że wcale nie o moją szczerość tu chodzi. Chce to właśnie usłyszeć. To ja mu to powiem. Tylko niech już to wszystko się skończy.

– Koran to nie jest zwykła książka. To książka napisana przez Boga.

– Tak, wiem o tym – odpowiadam (choć chrześcijanie twierdzą dokładnie to samo na temat Pisma Świętego).

Jako niewierna, wydaję mu się chyba głupia jak dziecko, bo sprzedaje mi jeszcze bajeczkę o szatanie, który siada z nami do stołu, kiedy chcemy jeść. Ten szatan boi się pewnego magicznego słowa – Bismillah. Dlatego wszyscy muzułmanie przed posiłkiem wypowiadają właśnie to zaklęcie.

Szkoda, bo nawet interesował mnie islam. I podobał mi się. Ale teraz, po tym przesłuchaniu, długo chyba będę miała na niego alergię.

Bach, bach, bach, znowu sto tysięcy pieczątek i podpisów i jesteśmy wreszcie wolni.

– O mało wszystkiego nie schrzaniłaś! – opieprzył mnie mój stary. – Też wypaliłaś z jakimś buddyzmem!

Strzelam focha (z przytupem) i nie odzywam się do niego do końca dnia. To nie moja wina. Powinien mnie uprzedzić, że policja też jest tu wyznaniowa. Że wszystko jest wyznaniowe! Ale wieczorem znów go kocham 🙂 Nad życie!

Rano biegniemy na policję, sprawdzić czy papiery już są gotowe. Trzeba czekać. Przychodzimy następnego dnia. Policjant mówi, że papiery już są w prokuraturze i tam mamy się po nie zgłosić. Idziemy do prokuratury i… lądujemy w gabinecie tego samego Araba, któremu nie daliśmy wcześniej łapówki. O fuck ! Facet już się nie uśmiecha. Nawet na nas nie patrzy. W zasadzie traktuje nas jak powietrze. Widać, że sprawia mu satysfakcję trzymanie nas w niepewności.

– Nie mam żadnych waszych papierów – mówi wreszcie. – Możecie sobie sprawdzić na policji.

Podejrzliwie mierzę wzrokiem stertę papierów na jego biurku. Intuicja mi mówi, że wystarczy podnieść pierwszą kartkę z góry, by nasze akta się znalazły. Ale przecież nie zrobię tego. Choć w Polsce nie miałabym oporów. Ze zwieszonymi głowami wychodzimy. Na łapówkę za późno. Facet ma nas w garści. Z braku innych pomysłów wracamy na policję. I staje się cud 🙂

– Jak nie mają, jak właśnie że mają?! – mówi policjant. – Sam im dzisiaj zawoziłem. Pojadę jeszcze raz z wami i zawiozę mu kopię. Już nie będzie mógł powiedzieć, że nie ma papierów.

Wracamy do prokuratury z triumfalnymi uśmiechami na twarzy i z policjantem. Arab jakby mógł zabijać wzrokiem, oboje padlibyśmy nieżywi na podłogę.

– No to teraz mam wasze papiery – mówi. – Ale dziś i tak nic nie załatwicie, bo nie ma prokuratora. A ja już więcej wozić waszych papierów nie będę. Wróćcie po weekendzie.

A co jeśli w poniedziałek powie to samo? I we wtorek? I w środę? Na szczęście w poniedziałek akta są gotowe 🙂 Jeszcze tylko wszystko skserować razy trzy. W rezultacie mamy tyle papierów, że moglibyśmy palić ognisko.

– Czy to znaczy, że możemy wreszcie wziąć ślub? – pytam mojego z niedowierzaniem.

– Oui, kochanie.

– A kiedy?

– Dziś. Idziemy na kawę, potem się wykąpiemy, przebierzemy i pójdziemy do adula. A jutro będziesz już moją żoną…

Kasia Blanka

Related posts

Leave a Comment