Funeralny przewodnik filmowy

Kadr z filmu „Requiem” Witolda Leszczyńskiego

Polskie kino nie boi się śmierci i nader często czerpie z niej inspirację. Nierzadko refleksja nad ludzką egzystencją ustępuje w nim miejsca żartom… bo jak się okazuje, ze śmierci trzeba umieć się śmiać. Taka oswojona kostucha już niegroźna i niestraszna.

Przy tej okazji swoje mniejsze i większe rólki filmowe odegrały również cmentarze. Niestety, jak to zwykle bywa ze statystami, pozostały one niezauważone, niedocenione, zaledwie „migające” gdzieś w tle.

Cmentarne gwiazdy na planie

Cmentarze dostają czasami jakąś gażę w filmie. Niestety, nie zawsze uda się zagrać rolę główną. Jak do tej pory, w wyścigu do tytułu gwiazdy, wciąż przoduje najstarszy warszawski cmentarz, który „zagrał” w Zabawie w chowanego Janusza Zaorskiego. Film ten jest próbą refleksji nad życiem i przemijaniem, ale także nad blaskami i cieniami ludzkiego istnienia. To właśnie Cmentarz Powązkowski staje się – zgodnie z fabułą – główną przyczyną, przyjazdu do Polski zamożnego Amerykanina, Stanley’a Mazura (zagranego przez Jerzego Bińczyckiego). Stanley chce być przygotowany, kiedy przyjdzie mu umrzeć. Dlatego nieustannie myśli o przyszłym pochówku. Chce wykupić sobie miejsce na cmentarzu. A kiedy to okazuje się niemożliwe, próbuje „załatwić” to innymi sposobami…

Mniej ambitna rólka przypadła Cmentarzowi Bródnowskiemu. Pojawia się on na ekranie przy okazji znanego wszystkim pokoleniom serialu Czterdziestolatek. To właśnie tam odbywa się pogrzeb Mariana – szkolnego kolegi inżyniera Karwowskiego. O pogrzebie zawiadamia go „Dżuma” (wiekopomny w tej małej roli Zdzisław Maklakiewicz). Przed kamerą swoje wdzięki i aktorskie umiejętności prezentowały też małe i zupełnie nieznane cmentarze. Przykładowo, pierwszy klaps Kariery Nikosia Dyzmy padł na cmentarzu w Pabianicach koło Łodzi.

Grabarze inspirują reżyserów

Requiem Witolda Leszczyńskiego to opowieść o ludziach krzątających się na ziemi, ale czujących na sobie nieubłagane Oko Nieba. Boją się śmierci. Bronią się przed nią żartami, modlitwa i wódką. Bartłomiej (Franciszek Pieczka) pełni we wsi rolę poniekąd kapłańską – wygłasza mowy pogrzebowe. Jego ukochany wnuczek Bartek nie jest zwyczajnym, rozbrykanym małolatem. Pasjonuje go tajemnica życia i śmierci. Ponieważ Bartłomiej coraz bardziej się starzeje i przeczuwa nieunikniony koniec, szuka swojego następcy. Wybór pada na listonosza, który jest alkoholikiem… ale ma czyste serce. Ten musi najpierw jednak przestać pić.

Wspomniany już wcześniej film Kariera Nikosia Dyzmy, choć również opowiada o pracy w domu pogrzebowym (przynajmniej jego część) do tematu podchodzi dużo swobodniej. A wręcz śmieje się ze śmierci i czyni ją tym samym niegroźną i oswojoną. Tytułowy Nikoś (Cezary Pazura) zaczyna karierę w ministerstwie i chce za wszelką cenę ukryć swoją niewygodną przeszłość grabarza. To właśnie stąd pochodzą słynne „funeralne” gagi, jak np. Nie pokazuj się żywy na cmentarzu!

Kamieniarz, który został aktorem

Zawodowi aktorzy zazwyczaj wcielają się w postać grabarza tylko na potrzeby filmu i tylko na chwilę. Na co dzień zaś nie mają z cmentarną rzeczywistością nic wspólnego. Z jednym wyjątkiem. Ów artysta, kiedy schodził z filmowego planu, wracał do swoich… nagrobków. Bo jego wyuczoną profesją i źródłem utrzymania było kamieniarstwo, a nie – jak wszystkim się zdawało – aktorstwo! Znamy go wszyscy, ale tak przedstawiony wydaje się nie do odgadnięcia. Chodzi o Jana Himilsbacha (Zabawa w chowanego, Party przy świecach, Rejs, Wniebowzięci, Siedem czerwonych róż, Chleba naszego powszedniego i inne).

Himilsbach zaskakiwał od urodzenia! W jego metryce zapisano, że przyszedł na świat 31 listopada (podczas gdy według wszystkich kalendarzy ten ma tylko 30 dni) 1931 roku. W 1947 r. wszedł w kolizję z prawem i jego przygoda z nagrobkami musiała poczekać kilka lat, do czasu, aż odbędzie on karę. W 1956 r. podjął pracę jako kamieniarz w kamieniołomach w Strzegomiu i zajmował się tym aż do końca 1968 r. To on zrobił płytę nagrobną dla pisarza Marka Hłasko (1934-1968), który spoczął na Cmentarzu Powązkowskim. Zgodnie ze wskazówkami matki zmarłego, Himilsbach wygrawerował na niej napis: Żył krótko, a wszyscy byli odwróceni. W swojej książce “Monidło” Himilsbach opisał obrazki z życia kamieniarza – jego trudy i radości, picie na umór i strach przed wyrzuceniem z roboty. Zapytany kiedyś, dlaczego bardziej ceni swoją twórczość kamieniarską niż literacką, miał odpowiedzieć: Myślę, że dlatego, że moim dziełem granitowym nikt sobie d… nie podetrze.

Tekst publikowany na łamach miesięcznika funeralnego “Kultura Pogrzebu

Related posts

Leave a Comment