Dżinny w mojej głowie. Kocyk, kubek gorącej kawy i „Dom Kalifa”

Dom Kalifa. Rok w Casablance

Uwielbiam te momenty w życiu, kiedy odpowiednia książka wpada mi w ręce w odpowiednim czasie. Albo kiedy odpowiedni film obejrzany przypadkiem (akurat leciał w TV, choć w programie było coś zupełnie innego) zmienia zupełnie bieg moich myśli… i mojego życia. Gdyby ta książka lub ten film, gdyby Opatrzność zesłała mi je w innym momencie życia, skutek byłby już inny, może żaden, ale z pewnością nie ten sam. Ta perfekcyjna zgodność intencji z chwilą… – mistyczna!

Dom Kalifa. Rok w Casablance„Dom Kalifa. Rok w Casablance” – ta książka spadła mi jak z nieba… i to właśnie wtedy, kiedy znalazłam się na życiowym zakręcie, kiedy postanowiłam zapanować wreszcie nad swoim życiem, a cały świat sprzysiągł się przeciwko mnie, że powstrzyma moje rewolucyjne zapędy. Postanowiłam porzucić kraj, „gdzie z uszanowaniem nawet kruszynę chleba podnoszą z ziemi” dla Królestwa… Dżinnów! Rzecz dziwna, mój entuzjazm roztrzaskał się z hukiem o ścianę stereotypów, niewiedzy i strachu przed nieznanym, jakie na dobre rozpanoszyły się w głowach moich najbliższych. Od razu wytoczyłam im świętą wojnę… Poddałam się jednak, pod ciężarem absurdalności ich argumentów. Zatroskani o mój los znajomi ostrzegali mnie na każdym kroku: „Arab zawsze podniesie na ciebie rękę. Oni mają we krwi bicie kobiet! Arab zarzuci ci chustę na głowę i zamknie cię w domu. Arab nigdy nie pozwoli, żebyś wywiozła dzieci za granicę. Będziesz tylko jedną z jego wielu żon. To brudasy i fanatycy…”. Psy szczekają, karawana idzie dalej. Ale nie powiem że jest łatwo, kiedy wszyscy wróżą ci wielki upadek. Tahir Shah by mnie zrozumiał. W końcu przeżywał to samo, zanim porzucał Anglię i stanął przed ruinami Domu Kalifa.

Żyjemy w społeczeństwie bezwolnych naśladowców(…). Wtedy właśnie sobie przyrzekłem, że nie będę spełniał cudzych oczekiwań. Postawię wszystko na jedną kartę i zabiorę swoją rodzinę na poszukiwanie wolności i miejsca, gdzie będziemy mogli żyć, jak chcemy. (…)

– Kimkolwiek byś był – odparła – Maroko cię przyjmie. Zanim się zorientujesz, już masz dom i przyjaciół, a wszystkie problemy zostają gdzieś daleko.
Spytałem, jak jej przyjaciele w Ameryce przyjęli wiadomość, że wyjeżdża na zawsze do Tangeru.
– Starali się mnie zatrzymać – odpowiedziała.
– Dlaczego?
Spojrzała na mnie w zamyśleniu.
– Z powodu swojego własnego strachu – westchnęła.

Ten sam strach chce mi teraz pokrzyżować plany. Ale za późno. Wielka machina nakręcana moimi marzeniami ruszyła i nic już jej nie powstrzyma. Bez opracowanego planu B i planu C (ba! nawet bez planu A) ruszam na spotkanie z wielką niewiadomą. Po co mi plany, skoro w Maroku każdy dzień jest niespodzianką?! Klamka zapadła. „Lecę bo chcę! Czy są pieniądze, czy nie…”

Kiedy wszyscy zobaczyli, że nie tylko gadam o wyjeździe, ale najwyraźniej chyba jednak się do niego szykuję, niektórzy zmienili front. Zamiast mi wygrażać, że ze łzami i na kolanach wrócę jeszcze do Polski, ujrzeli we mnie nadzieję na wakacyjną bazę wypadową do Afryki. I nagle ludzie, którzy nigdy nie poświęcili mi nawet 5 minut na rozmowę, którym nie zawsze chciało się odpowiedzieć na moje „Cześć”… stali się moimi największymi przyjaciółmi: Mam nadzieję, że zaprosisz mnie na wakacje do Maroka (na swoje wesele, do swojego hotelu – jak już go urządzisz…). – Po co chcesz jechać do Maroka? Przecież nie lubisz Arabów – nauczyłam się zbywać natrętów. Mając takich przyjaciół, pozbyłam się wszelkich wątpliwości czy wyjechać 😉 I znów łapię się na myśli, że Tahir by wiedział… on przez swoich niby-przyjaciół musiał opuścić Dom Kalifa i wyprowadzić się do hotelu.

Kilka godzin dziennie w korporacji już tak nie męczy. Wszystko wydaje się prostsze, kiedy masz świadomość, że to tylko rozwiązanie tymczasowe. Wyścig szczurów już mnie nie dotyczy. Wyrywanie sobie „stołków” spod tyłka odbywa już się gdzieś daleko poza mną. Słuchawki na uszy, Amar nucąca kiczowate „Oh La La„, wspomnienie lata… i czas jakoś leci. A po pracy ciepły kocyk, „Dom Kalifa” do poduszki i znów mogę marzyć i śnić do woli mój marokański sen 🙂

Pochodzący z szanowanego rodu afgańskich wojowników, nauczycieli, pisarzy i dyplomatów Tahir Shah, ma dosyć Anglii. Od dawna odczuwa tęsknotę za kulturą arabską, od której został odcięty. Wyjazd do Maroka stanowi dla niego powrót do korzeni. Kupuje mocno podupadłą posiadłość w Casablance, której dawną świetność skrywają pajęczyny i kurz. Na tym jednak nie koniec. Tytułowy Dom Kalifa jest nawiedzony przez złośliwego dżina Kandisza… Więcej zdradzić nie mogę, żeby nie popełnić spoilera. Ale kilka „złotych myśli Tahira” postanowiłam sobie dobrze zapamiętać i zabrać ze sobą w moją wielką podróż:

1. Spytałem, co sądzi o Marokańczykach. – Nie ufaj nikomu – przestrzegł. (s. 35)

2. Ani przez chwilę nie spodziewaj się, że ludzie będą się zachowywać jak w Europie. Mogą nosić najnowsze kreacje prosto z Paryża, ale w głębi duszy są z Bliskiego Wschodu. – Francois przerwał na chwilę i postukał sie palcem w skroń. – Tutaj – dokończył – mają „Baśnie tysiąca i jednej nocy” (…). Spróbuj czegoś tutaj dokonać a natkniesz się na mur przesądów. A jeśli będziesz starał się go ominąć albo udawać, że go nie ma, rozłożysz się na nim jak długi. (s. 36)

3. W Anglii czułem się winny, gdy spędziłem w kawiarni więcej niż parę chwil; tam potrzebna była wymówka, żeby w ogóle pójść do kawiarni. Tymczasem w świecie arabskim nie ma dla mężczyzny szlachetniejszego zajęcia. (s. 48)

4. Marokańskie społeczeństwo opiera się na systemie wzajemnej pomocy i czasem przyjaciele potrafią być tak uczynni, że człowiek czuje się niemal zaduszony ich życzliwością. (s. 55)

5. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się, czemu go nikt nie szanował – jego żona uciekła z innym mężczyzną. (s. 77)

5. Najgorszą rzeczą jest dać pieniądze. Jeśli dzisiaj dasz imamowi pieniądze, jutro pod twoimi drzwiami ustawi się kolejka na pięć kilometrów. (s. 79)

6. Rodzina to centrum marokańskiego życia, a jedzenie to centrum życia rodziny. – Gdybyśmy tylko umieli wszystko robić tak dobrze, jak gotować – uśmiechnęła się – bylibyśmy królami świata. (s. 85)

7. W Maroku szczury zjadają koty na śniadanie. (s. 123)

8. Na Wschodzie milczenie uważane jest za złoto, a nie za niezręczną pauzę w konwersacji, jak w kulturze zachodniej. Dla nas przerwa w rozmowie to rzecz okropna, którą należy zakończyć jak najszybciej; teraz jednak była dla mnie radością. (s. 147)

9. Zapłać Marokańczykowi z góry, jeśli chcesz zobaczyć jego plecy. (s. 150)

10. Ramadan – 30 dni złego humoru, z których każdy kolejny jest bardziej nerwowy od poprzedniego. (s. 161)

11. Rozmowa po angielsku i od razu ceny podskoczą czterokrotnie. (s. 164)

A na koniec jeszcze jedna przestroga. Tym razem mamina. Kiedy pierwszy raz leciałam do Maroka, moja mama powiedziała mi: Najbardziej uważaj na Polaków za granicą. Podobno nikt cię tak nie skrzywdzi, jak właśnie drugi Polak!

Gotowa na wszystko wyjmuję korek z buteleczki, uwalniam dżinna i szepczę życzenie – niech spełni się wreszcie mój marokański sen…

Related posts

Leave a Comment