Czas Bigdy. Tylko teatr czy przepowiednia dla Polski?

Bigda idzie! (Fot. Kadr z filmu)

Polska Leppera, Dorna i seksbomby Beger… spisana, gdy nikt jeszcze o tych łobuzach nie słyszał…

Spektakl „Bigda idzie” (reż. Andrzej Wajda, 1999 r.) jest adaptacją powieści Juliusza Kaden-Bandrowskiego (1885-1944) pt. „Mateusz Bigda”. Zajadle atakuje międzywojenny parlamentaryzm. Krajobraz po bitwie – II Rzeczpospolita, „odzyskany śmietnik”, prywata, głupota i warcholstwo, imponująca galeria draństw, do jakich jest zdolny człowiek by zdobyć władzę. Sztuka obnaża miałkość politycznej propagandy, demaskuje fałsz obietnic, wykrzykiwanych przez demokratycznie wybranych przedstawicieli ludu. Ukazuje ich jako zgraję bezczelnych cyników, bezwzględnie bijących się o wpływy i stołki.

Główny bohater to opętany żądzą władzy działacz chłopski. On wie, że jest chamem, który podstępnie dostał się na salony. I czyni z tego swój największy atut. Idealnie sprawdza się w zakulisowych grach, zmierzających do obalenia rządu i zastąpienia go nowym, z Bigdą na czele. On ma wszystkie potrzebne mu do tego środki i nie waha się z nich korzystać. Idzie jak burza do przodu… po trupach! Przeciwników politycznych szczuje intrygą i szantażem, demonstrantów i krzykaczy ucisza policją, bankrutów przekonuje przekupstwem, niezłomnych łamie siłą. Prezes nie ufa nikomu. Dlatego wszystkich trzyma za mordę, upokarza, zbiera na nich „haki”, trzyma w szachu – inteligentnego ale zdeprawowanego Deptułę (Krzysztofa Globisza), uległego marszałka Stachowskiego (Andrzeja Seweryna) i wreszcie „jedynego sprawiedliwego” Tadeusza Mieniewskiego (Mariusza Bonaszewskiego).

Spektakl, o zgrozo, zdumiewa swoją aktualnością. Trudno nie ulec wrażeniu, że dzieje Polski po raz kolejny zataczają koło. Boleśnie przypomina o sobie stara, znana prawda: „Historia uczy, że nigdy, nikogo, niczego nie nauczyła”. Nowo wybrane władze ulegają starym pokusom „nachapania się”. Pośród sejmowych przepychanek i urażonych ambicji karierowiczów znów przepada interes państwa i obywateli. Choć Bandrowski nie mógł przewidzieć, że dzisiejszy Rząd osiągnie taki poziom absurdu i błazeństwa, jak to ma miejsce, w sztuce nie brakuje kwiatków iście z IV RP:

● pies marszałka rozrabiający w Sejmie (Suczka Saba Marszałka Sejmu Ludwika Dorna szczególnie smakowała w rządowych meblach a na spacery chodziła z obstawą BOR-u)

● „kupczenie” stanowiskami i upychanie swoich ludzi na ciepłych posadkach w zamian za poparcie (taśmy prawdy posłanki Renaty Beger z rozmów między nią a prominentnymi politykami Prawa i Sprawiedliwości)

● główny bohater Mateusz Bigda, działacz chłopski, cham i warchoł, który dostał się na salony (w zamyśle Bandrowskiego miał przypominać Wincentego Witosa, dziś trudno jednak uniknąć skojarzenia z Andrzejem Lepperem). W postać tę wcielił się Janusz Gajos, wyczarowując dla widza odpychający i zarazem wierny portret lidera Samoobrony i jemu podobnych karierowiczów

● zainscenizowany w hotelu marszałka Stachowskiego wieczór rozpusty, który potem stawia go w beznadziejnym szachu (seksafera w wykonaniu chłopskiego lidera?)

W pamięci uparcie powracają końcowe słowa wypowiedziane przez Zuzę (Dorotę Segdę): „Przecież możemy stąd wyjechać i żyć normalnie”. Sama często się zastanawiam, czemu tego nie zrobiłam…

Related posts

Leave a Comment