Buddyzm dla matek. Czas dla rodziny i czas duchowej praktyki

buddyzm, kobieta, macierzyństwo (Fot. Wonderlane/Flickr)

Kobiety potrzebują „ścieżki duchowej”, która przemawia do ich biologicznego poczucia siebie jako kobiety. Jeśli kobieta nie zdecyduje się na bezdzietność, to ciąże i wychowanie dzieci pochłoną ogromną ilość jej czasu i energii. Każda potrzeba niemowlęcia musi być zaspokojona przez matkę natychmiast, niezależnie od pory dnia czy nocy. Trudno jest więc matce wygospodarować wolny czas na odosobnienie i medytację. Rodzina zobowiązuje, rodzina wymaga, rodzina pochłania czas. Czy kobieta – pytają buddystki – naprawdę musi wybierać między praktyką a rodziną?

Tsultrim Allione próbowała na wiele sposobów pogodzić duchowość z „pieluchami”. Kiedy zwierzyła się Abo Rinpocze z nękających ją erotycznych myśli oraz z chęci posiadania dziecka, zaśmiał się i powiedział: „Wszystkie mniszki powinny mieć dzieci.” Zapewnił ją, że po zwróceniu ślubowań, również będzie mogła prowadzić duchowe życie, jako osoba świecka. Tak też zrobiła i wkrótce po złożeniu szat poślubiła Holendra, Paula Kloppenburga i urodziła dziecko. Z przerażeniem odkryła, że przez ciążę i obowiązek opieki nad córką, nie może praktykować medytacji tak prężnie, jak wcześniej. Nie mogła już jednak zmienić swojej decyzji. Ponownie zaszła w ciążę. Razem z mężem, na zmianę zajmowali się dziećmi, by móc medytować.

Tsultrim zdecydowała się podzielić swoimi odczuciami z grupą kobiet, które chciały badać swoje wewnętrzne życie, lecz znalazły się w podobnej do niej sytuacji. Dzięki tej grupie zrozumiała, że bycie kobietą nie jest obciążeniem, ale że właśnie kobieta posiada pewne wyjątkowe zdolności – że potrafi słuchać bez osądzania, że jest zdolna do bezpośredniego wglądu w sytuację. Zaczęła kochać fakt bycia kobietą, bycia z kobietami i chciała je coraz lepiej poznawać. Chciała połączyć swoją ścieżkę duchową ze świadomością siebie jako kobiety. Razem z innymi kobietami doszła do przekonania, że jednym z wyjść jest wygospodarowanie sobie kilku tygodni, weekendu lub chociaż godziny odosobnienia w ciągu dnia na medytację i słuchanie nauk, na które nie zabiera się dzieci. W ten sposób kobiety mogą sobie stworzyć „wyspy spokoju”, wejść w stan medytacyjnego skupienia i przez chwilę oderwać się od problemów życia codziennego.

Obecnie Tsultrim udaje się łączyć codzienną medytację bez dzieci, okazjonalną praktykę z nimi, gdy o to proszą i okazjonalne odosobnienia. Uzyskane w tych chwilach spokoju poczucie otwartości, równowagę i humor próbuje wprowadzić w resztę swojego życia. Zdaje sobie sprawę z błędności swojego myślenia, że ruszy „do przodu”, gdy dzieci dorosną. Jeśli nie jest się wystarczająco zaawansowanym w praktykach, wówczas dla osiągnięcia głębszych stanów duchowego rozwoju konieczne jest długie odosobnienie lub półodosobnienie.

Moja znajoma buddystka, praktykująca Diamentową Drogę, gdy ją zapytałam, jak udaje jej się pogodzić życie rodzinne z duchowością, była wręcz zdumiona naiwnością mojego pytania. Wydawało jej się to tak samo naturalne, jak to, że katolicy uczestniczą w życiu Kościoła i rodzina nie stanowi dla nich przeszkody w codziennej modlitwie. Nie zauważyła zbyt wielu różnic pomiędzy swoją codzienną praktyką buddyzmu a praktyką kolegów kawalerów czy też koleżanek panien. Medytacje są te same dla wszystkich. Problem pojawia się dopiero wówczas, gdy musi zorganizować czas lub opiekę nad dzieckiem, by wybrać się na wykład podróżującego nauczyciela – mistrza buddyzmu bądź spotkanie grupy medytacyjnej. Innych trudności raczej nie ma. Diamentowa Droga uczy ciągle obserwować swój umysł, czyli pozostawać w stanie medytacji przez cały czas, co oznacza, że moja znajoma nie przestaje być praktykującą buddystką również w trakcie codziennych zajęć. Diamentowa Droga jest nastawiona na samodzielność, więc po przyjęciu do serca paru przydatnych wskazówek, praktykujący buddyzm sam sobie ustala czas i miejsce praktyki. Odosobnienie jest z pewnością przydatne, chociażby ze względu na nowe doświadczenia, nie jest natomiast niezbędne. Na takie odosobnienie można się wybrać również z dzieckiem, jeśli oczywiście nie wymaga ono stałych zabiegów, czyli nie z noworodkiem. Praktyka w Diamentowej Drodze idzie w parze ze zdrowym rozsądkiem. Wszystkie działania muszą zachowywać odpowiednią równowagę. Buddyści mogą też liczyć na pomoc sanghi, czyli przyjaciół na ścieżce, którzy jak trzeba, rzeczywiście pomogą przy opiece nad dzieckiem.

Jak zatem wygospodarować wolny czas na duchową praktykę, nie zaniedbując przy tym rodziny? Ten istotny problem poruszyła też Khandro Rinpocze w swoich wykładach, wygłoszonych w sierpniu 2000 r. w Ośrodku Buddyjskim w Grabniku (woj. warmińsko-mazurskie). Jak się okazało połączenie praktyki z codziennym życiem sprawia trudności wielu praktykującym buddystkom, niezależnie od stopnia ich zaawansowania. Istnieje wręcz przekonanie, że ktoś, kto dobrze praktykuje, musi być niezaradny i niepraktyczny. I odwrotnie, skoro ktoś jest praktyczny i dobrze zorganizowany, nie będzie umiał dobrze medytować. Według Rinpocze dzieje się tak, gdy traktuje się rezultat własnej medytacji jako coś całkowicie nieprzystającego do codziennych, zwyczajnych obowiązków. Jest to – zdaniem Khandro Rinpocze – błędne rozumowanie, gdyż praktyka nie stoi w sprzeczności z codziennym życiem. Wręcz przeciwnie, powinny się one wzajemnie przeplatać i uzupełniać.

Dlaczego więc ludzie mają taki ogromny problem z wygospodarowaniem trochę wolnego czasu na medytację? Zapytane o to kobiety zazwyczaj odpowiadają, że wynika to z ich zobowiązań wobec rodziców, wobec męża, wobec dzieci. Kobieta musi być odpowiedzialna w pracy i odpowiedzialna za dom. Nie ma w tym nic niewłaściwego, ponieważ to wszystko stanowi część jej życia. Khandro zachęca kobiety, aby nie żałowały swojego czasu dla innych, kiedykolwiek oni tego potrzebują. Wprawdzie taka gotowość poświęcania swojego prywatnego czasu wszystkim, może sprzyjać poczuciu, że formalna praktyka zostaje odsunięta na plan dalszy i zaniedbana, przez co staje się krótsza i mniej intensywna. Rzecz jednak w tym – dowodzi Khandro – żeby przezwyciężyć w sobie tę ciągłą potrzebę chronienia swego poczucia ja. Nauczyciel, który by ciągle narzekał, że nie ma dla siebie czasu, byłby odbieramy jako samolubny a jego praktyka jako nieprzystająca do jego nauczania. To samo odnosi się do osób świeckich. Praktyka ucznia i praktyka nauczyciela nie powinny się różnić. Nie powinna ona być postrzegana jako suma czasu, jaki na nią został przeznaczony.

Wielu medytujących, zanim przystąpi do praktyki, pali kadzidła i maślane lampki, poszukuje spokoju i idealnych warunków do skupienia. Zanim uda im się uzyskać stan koncentracji, przez pół godziny uspokajają innych, a kolejne pół godziny uspokajają swój umysł. Kiedy się okazuje, że poświęcili na praktykę godzinę, ale poprzez ciągłe rozproszenie ich faktyczna koncentracja trwała „tyle co pstryknięcie palcami”, zniechęcają się. Co więcej, często podczas praktyki lub nawet zanim ją zaczną, już niepokoją się o jej rezultat, o czas i o ilość mantr, którą muszą powiedzieć, obawiają się różnorodności tego, czego mają dokonać – wizualizacji, rozproszenia myśli i emocji, wyjścia poza siebie. Przeraża ich świadomość, że to, co czynią, ma pomóc wszystkim istotom. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, jeśli spełniają określone rytuały, mimo, że nie rozumieją ich znaczenia. Jednocześnie ciągle towarzyszą im wątpliwości, że może źle wykonują swoją praktykę. W ten sposób zatraca się istota i znaczenie praktyki. Nie jest ważne – mówi Khandro – ile czasu medytujący poświęci na praktykę. Medytacja nie przyniesie praktykującemu żadnego pożytku, nie wpłynie na zmianę sposobu jego myślenia, jeśli będzie bardziej się koncentrował na długości sesji niż na samej istocie praktyki. Medytujący sam ogranicza swoją praktykę poprzez projekcję własnych wyobrażeń o tym, jak powinna wyglądać formalna medytacja. To on sam czyni ją trudną i skomplikowaną, wciąż poszukuje dla niej dogodniejszych warunków, zamiast po prostu uświadomić sobie, że powinien praktykować nie tylko każdego dnia, ale w każdej chwili. W codziennym życiu buddysty nie ma ani jednej takiej chwili, kiedy nie należy albo nie da się przyjmować Schronienia, kiedy nie trzeba praktykować bodhiczitty, kiedy można nie pamiętać o uważności i rozwijaniu mądrości. Człowiek praktykujący w każdym momencie jest w stanie medytować i być świadomy wymienionych powyżej wartości. Nie ma ani jednego działania, które miałoby być pozbawione takich właściwości. A zatem – podsumowuje Khandro – nie ma co rozważać problemu, że ktoś ma za mało czasu na praktykę. Osoba, która uważa siebie za medytującą, nie powinna dzielić swojego czasu na ten, który jest medytacją i ten, który nią nie jest. Takie rozróżnianie po prostu zanika, a każda chwila staje się medytacją z tej prostej przyczyny, że ani na moment nie traci się uważności.

Doskonałym wyjściem dla matek i żon, które nie mogą poświęcić na praktykę tyle samo czasu, co osoby wolne i niezależne, jest medytacja podczas pracy. Na Wschodzie i na Zachodzie mnisi często musieli wykonywać proste prace fizyczne, aby zaspokoić potrzeby swojego skromnego życia. Znalazło to wyraz w benedyktyńskim imperatywie: „Ora et labora” („Módl się i pracuj”). Prace te jednak służyły im również jako pomoc w medytacji. Także w dzisiejszych czasach wykorzystuje się pracę w tym celu w niektórych klasztorach lub podczas sesji medytacyjnych. Prosta, wykonywana w ciszy i skupieniu, powtarzająca te same czynności praca, jak np. obieranie jarzyn, zamiatanie, cięcie drewna, to sprzyjająca okoliczność do medytacji, polegającej na czujnej obserwacji ciała w ruchu. Uświęcenie pracy może się dokonywać na różne sposoby. Po pierwsze poprzez realizację ideału bezinteresownej służby bliźniemu (ideał bodhisattwy); również przez nieustanne powtarzanie w myśli mantry, odwołującej się do szczególnej, cudownej cechy, którą z zamiłowaniem stara się praktykować medytujący. To sprawia, że praca staje się nieustającym hymnem pochwalnym. Wreszcie uświęcenie pracy spełnia się dzięki prostemu, czystemu ujrzeniu samej istoty zjawisk, poprzez praktykowanie „tu i teraz”, która prowadzi do doskonałości.

We wszystkich tych przypadkach ćwiczenie medytacji podczas działania jest dla osoby świeckiej wyjątkową pomocą w osiągnięciu wyciszenia i szczęścia w życiu codziennym. W miarę stopniowego postępu, dokonującego się z zachowaniem uważnej czujności, skupionej na tym, co właśnie się czyni (na jedzeniu, wykonywaniu toalety, itd.), całe życie nabiera sensu, a każda chwila wyzwala zawartą w niej pełnię, doskonałość i radość. Podstawowe czynności, mogą przynieść poczucie niepowtarzalności i wyjątkowości każdej przemijającej chwili, jakie utraciło się na skutek szablonowości i zobojętnienia. Wystarczy wykonywać swoją pracę w duchu bezinteresownej służby, w której jedyną nagrodą jest doskonałość samego aktu.

Myśl ta musi być szczególnie bliska chińskiej odmianie buddyzmu zen. Mistrzowie zen szukają sensu właśnie w zwyczajnym przeżywaniu codziennego życia. Nauczyciel tej szkoły Shu Chu wymieniał dwie choroby umysłu, które dotykają kontemplujących: „szukanie osła, na którym siedzą” i „po odkryciu, że jadą na ośle, niechęć do zejścia z jego grzbietu”. Wyjaśniał to następująco – wszyscy ludzie od początku jadą na ośle; innymi słowy, zwyczajne doświadczenie codziennego życia jest „miejscem”, gdzie należy szukać oświecenia.

Related posts

Leave a Comment