Arabska dyskoteka. Badania terenowe obyczajów tubylców

Arabska dyskoteka (Fot. slettvet/Flickr)

Trochę czuję się jak barbarzyńca, który szpilą uwalnia życie z pięknego motyla, by zamknąć go w swojej gablocie i cieszyć nim oko każdego dnia. Albo jak opętany swoją manią poznania badacz wrzucający kolejne żabie zwłoki do formaliny. Tak właśnie chyba trochę robię z Marokańczykami. Obserwuję, oceniam, skrupulatnie notuję wnioski… wydaje mi się, że coś wiem, że już ich znam na wylot, zadzieram nosa, wydaje mi się, że mogę już ich odhaczyć – poznani, sklasyfikowani, zaliczeni. A tu bach! Dane trzeba zweryfikować i znów gonić za kolejnymi motylami, przyszpilać, zabijać… Tym razem z moją siatką na motyle wpadłam na marokańską dyskotekę.

To one jednak chodzą na dyskoteki? Zamiast siedzieć w domach i oddzielać ziarnka maku od popiołu? Te okutane w chusty, pochowane za burkami i hidżabami, przebrane w słoniowe worki? Nie mogłam uwierzyć. Uzbrojona po zęby w mędrca szkiełko i oko powędrowałam do dyskoteki Atlas w Chefchaouen – znów badać, oceniać, wnioskować.

No więc okazało się, że bez takich znowu tam szaleństw. Panowie pod jedną ścianą, panie można by usadzić przy jednym stoliku (może pięć, w porywach do siedmiu – jedna w mini, ze 3 w dżinsach, jedna w dżelabie). Ta w dżelabie od razu wpadła mi w oko – już wybrałam okaz swojego rzadkiego motyla, którego przyszpilę na blogu. No bo co za pomysł? Na dyskotekę w dżelabie?! Przez chwilę przemknęło mi przez myśl, że stopień roznegliżowania jest wprost proporcjonalny do atrakcyjności sylwetki. Ale nie! Dżelabka (taką już jej w myślach przykleiłam etykietkę) znika po niecałej godzinie w toalecie. Kiedy wraca, nie ma już na sobie prawie nic. Sukienka ledwie przykrywa duży, obwisły biust i krocze. Na dodatek opina ją jak sznurek porcję baleronu. Dżelabka odstawia popisowy numer, trzęsąc brzuchem na parkiecie (trzeba przyznać, że ma czym trząść), wraca do toalety i wynurza się po chwili… znowu w dżelabie! Trochę namieszała mi w myślach. Niby przyszpilona, a jeszcze wierzga nóżkami i skrzydłami wali po oczach. Wymknęła się mojej klasyfikacji. Więc jakie one w końcu są – te marokańskie baby?

Nie mogąc zgłębić ich umysłu przeniosłam uwagę na panów. Grupa reprezentatywna do badania znacznie większa. Siedzą, piją piwo (tak, właśnie piwo!), podpierają ściany, patrzą, przebierają w miejscu nogami… w końcu nie wytrzymują, bo nogi już niosą ich same i nie panują nad nimi. Więc wstają, podrygują, rzucają się sobie w ramiona, obejmują, pląsają… Tańce przytulańce z kolegą to całkowita norma. Nikt nie gwiżdże: Pedały, wypad! Jak oni pięknie potrafią się ze sobą bawić…

I nagle szpila prosto w moje serce. W zasadzie to chyba bardziej prosto w mój portfel. Barman czyta rachunek, a ja się śmieję. Chyba jego angielski wymaga szlifierki. Bo przecież nie mój! Buhaha! Wołam K., żeby przetłumaczył. Niech mnie kule biją! 900 dirhamów i nie chce wyjść inaczej. Zwijam swoją siatkę na motyle. Pustą, cholera! W myślach przeklinam wszystkie arabskie dyskoteki. Ugh, jakie te badania terenowe bywają kosztowne 🙁

Related posts

Leave a Comment